Nie trzeba mieszkać daleko od przychodni, żeby mieć problem z dostępem do lekarza
Przychodnia za rogiem, rejestracja czynna do 15:00, lista pacjentów zamknięta. W Bielsku-Białej, gdzie placówki POZ stoją co kilka ulic – w Lipniku, Wapienicy, na Górnym Przedmieściu – dostęp do lekarza rodzinnego bywa równie trudny co w gminie bez przychodni. Bariera nie jest geograficzna. Są nią godziny rejestracji pokrywające się z godzinami pracy, brak e-zapisu i przepełnione listy pacjentów. Dane NFZ tego nie odnotowują – liczą tylko zapisanych. Tych, którzy usłyszeli, że nie ma wolnych terminów i odłożyli słuchawkę, w statystykach brak.
Bliskość przychodni to za mało – bariery, o których się nie mówi
Odległość od gabinetu lekarskiego przestała być główną przeszkodą w dostępie do opieki zdrowotnej. W mieście takim jak Bielsko-Biała przychodnie POZ są rozłożone dość gęsto – na osiedlach, w centrum, przy głównych ciągach komunikacyjnych. Problem w tym, że fizyczna obecność przychodni za rogiem nie oznacza, że jest w niej wolny termin. Pierwsza bariera jest banalna i właśnie dlatego tak trudna do przeskoczenia. Rejestracja w większości przychodni działa w godzinach, w których większość dorosłych mieszkańców miasta jest w pracy. Okienka otwarte od 7:30 do 15:00 oznaczają, że umówienie wizyty wymaga albo telefonu w czasie służbowym, albo fizycznego przyjścia do placówki przed rozpoczęciem dnia pracy. Dla osób pracujących na zmiany, prowadzących dzieci do szkoły czy dojeżdżających do Katowic lub Czechowic-Dziedzic te ramy czasowe są po prostu niedostępne. Druga bariera dotyczy samej struktury systemu. Lekarze POZ w wielu placówkach mają zamknięte listy pacjentów. Nowy mieszkaniec Bielska-Białej – student, pracownik relokowany służbowo, osoba po przeprowadzce – może obdzwonić kilka przychodni, zanim znajdzie taką, która w ogóle przyjmuje deklaracje. Zamiast szybkiej diagnozy, nowy mieszkaniec dostaje na powitanie biurokratyczną ścianę i poradę, by szukać dalej.
Kiedy mieszkanie obok przychodni niczego nie zmienia
Problemy, które sprawiają, że pacjent mieszkający obok przychodni i tak do niej nie trafi:
• Rejestracja telefoniczna zajęta od rana – linia jest przeciążona, a jedyną alternatywą jest osobista wizyta w recepcji, na którą brakuje czasu przed pracą.
• Lekarz POZ przyjmuje wyłącznie do 14:00 – pacjent pracujący na pełen etat nie ma fizycznej możliwości stawić się w gabinecie bez brania urlopu.
• Lista pacjentów u lekarza zamknięta – przychodnia istnieje, ale nie przyjmuje nowych deklaracji, więc samo sąsiedztwo budynku nic nie daje.
• Skierowanie do specjalisty z terminem za kilka miesięcy – wizyta u POZ odbyła się szybko, ale dalszy etap diagnostyki jest zablokowany kolejką.
• Brak możliwości e-rejestracji – placówka nie oferuje zapisu online, co wyklucza osoby, które mogłyby się umówić wieczorem po pracy.
Te sytuacje dotyczą mieszkańców bloków naprzeciwko przychodni w takim samym stopniu, jak osób dojeżdżających z Jasienicy czy Wilkowic.
Kiedy termin u lekarza pierwszego kontaktu jest za daleko
Część problemów zdrowotnych nie wymaga natychmiastowej interwencji pogotowia, ale nie powinna też czekać trzech tygodni na wolny termin. Uporczywy kaszel, nawracające bóle głowy, pogorszenie samopoczucia po zmianie leku – to powody, z którymi pacjenci próbują dostać się do lekarza pierwszego kontaktu i trafiają na ścianę w postaci pełnego grafiku. Świadomy pacjent przestaje walczyć z głuchym telefonem i od razu szuka wizyty online. Możliwość rozmowy z lekarzem przez internet – umówienie wizyty do internisty online bez czekania w kolejce telefonicznej – nie zastępuje pełnej diagnostyki, ale pozwala ocenić pilność problemu, uzyskać receptę na lek stały lub skierowanie. Dla osoby, która nie może wyrwać się z pracy na wizytę w godzinach 8–14, telekonsultacja bywa jedynym realnym kontaktem z lekarzem w danym tygodniu.
Objawy, które czekają, bo „przecież nic nie boli"
Bariery w dostępie do lekarza mają jeszcze jedną konsekwencję, o której rzadko się pisze wprost. Ludzie przestają próbować. Odkładają wizytę nie dlatego, że im nie zależy, ale dlatego, że kolejna próba dodzwonienia się na rejestrację kończy się frustracją. A skoro „nic pilnego się nie dzieje", temat schodzi na dalszy plan. Tymczasem wiele poważnych stanów rozwija się bez wyraźnych symptomów. Wysokie ciśnienie jest tego klasycznym przykładem – człowiek funkcjonuje normalnie, nie czuje nic niepokojącego, a problem narasta od miesięcy. Diagnoza zapada często przypadkiem, przy okazji innej wizyty. Ale żeby ta „inna wizyta" się odbyła, pacjent musi najpierw przebić się przez system rejestracji, kolejkę i grafik lekarza. Odkładanie rutynowej kontroli o miesiąc czy dwa nie brzmi dramatycznie. Problem polega na tym, że te miesiące kumulują się – i z odkładanej wizyty kontrolnej robi się rok, dwa lata, a potem wizyta na SOR z powodu stanu, który można było wychwycić znacznie wcześniej.
Dostęp do lekarza w mieście – problem organizacyjny, nie geograficzny
Bielsko-Biała nie jest medyczną pustynią – placówki są, lekarze pracują. Tylko że dla pacjenta, który dzwoni rano i słyszy, że terminy się skończyły, różnica między miastem a gminą bez przychodni jest trudna do zauważenia. Żeby bliskość przychodni cokolwiek znaczyła, potrzeba trzech rzeczy: elastycznych godzin przyjęć, e-rejestracji i otwartych list pacjentów. Dopóki te elementy nie staną się standardem, bliskość przychodni pozostanie wygodą wyłącznie dla tych, którzy mają czas czekać. Dla tych, którzy chcą wiedzieć, jak działa alternatywa, DoktorPlus.pl opisuje, jak wygląda wizyta u lekarza online krok po kroku.
Klauzula informacyjna ›