We wrześniu co najmniej połowa dyżurów w karetce „S” w powiecie bielskim pozostaje bez obsady lekarskiej. Problem z brakiem załogi z każdym miesiącem staje się coraz bardziej widoczny, a na domiar złego Narodowy Fundusz Zdrowia za brak obsady lekarskiej zapowiada kary w kwocie 100 tys. zł! W przyszłym tygodniu w Warszawie zaplanowano w tej sprawie rozmowy w Ministerstwie Zdrowia na które wybiera się dyrektor Wojciech Waligóra. Pogotowie oferowanymi stawkami nie jest w stanie konkurować ze szpitalami o lekarzy, których w systemie po prostu brakuje.

W tym miesiącu bardzo trudno było obsadzić dyżury specjalistycznych zespołów ratownictwa medycznego w Bielskim Pogotowiu Ratunkowym. W efekcie przynajmniej połowa wyjazdów na terenie powiatu bielskiego odbywać się będzie bez lekarza. O przyczyny zapytaliśmy Wojciecha Waligórę dyrektora pogotowia.

Tylko jeden lekarz na etacie

- Problem coraz bardziej widoczny jest od pół roku, wielokrotnie był zgłaszany do wojewody. Nie ma lekarzy na rynku, w ostatnich trzech latach w województwie śląskim tylko jeden lekarz ukończył medycynę ratunkową. W Bielsku-Białej ledwo obsadzamy 1,5 karetki - mówi dyrektor BPR i dodaje, że w całym województwie w tym momencie jest ok. 56 wakatów. W naszym mieście na już potrzebnych jest przynajmniej dwóch lekarzy. Bielskie pogotowie posiada tylko jednego lekarza etatowego, pozostali to kontraktowi, dla których priorytetem jest praca w szpitalach. Ich średnia wieku to ponad 60 lat!

Na tą chwilę na terenie Bielska-Białej, powiatu bielskiego oraz Żywca i Cieszyna działa łącznie pięć zespołów karetek specjalistycznych, czyli takich które są wykorzystywane w najpoważniejszych stanach zagrożenia życia. Jej obsługę stanowi min. trzyosobowy zespół, w którym przynajmniej jedna osoba to lekarz.

Jak wspomniał dyrektor Waligóra, w Bielsku-Białej i powiecie bielskim problemu z obsadą nie ma jedynie połowa zespołów „S”. Stacjonująca w Kobiernicach karetka bez lekarza będzie funkcjonować przez pół miesiąca. To nie oznacza, że mieszkańcom nie ma kto pomagać - karetki jeżdżą, ale w okrojonym składzie.

NFZ zapowiada drakońskie kary

- W czasie pandemii nie było tego problemu. Zespół „P” mógł zostać zamieniony na zespół „S”, nawet pomimo braku lekarza. Wystarczyło obsadzić dodatkowego ratownika. Zresztą, dzisiejsi ratownicy są tak wszechstronnie wyszkoleni, że w każdej sytuacji sobie poradzą. Wystarczyłoby zmienić zapis w ustawie. Mieszkańcom naprawdę nic złego się nie wydarzy - mówi dyrektor Waligóra. Jak pisaliśmy, w planach jest zmiana karteki „S” w „P” w Kobiernicach, a nowa karetka „P” stacjonować ma w Hałcnowie.

Czytaj: Likwidacja karetki z lekarzem. W zamian dodatkowy ambulans i motokaretka? MAPA

Problem jest o tyle poważny, że w przypadku braku odpowiedniej obsady karetek naliczane są kary. Do tej pory zwracane były niewykorzystane środki z tytułu braku obsadzenia lekarza w karetce (tzw. wyceny dobokaetki), ostatnio jednak Bielskie Pogotowie Ratunkowe otrzymało pismo, w którym NFZ poinformował o karach. Wynosi ona 100 tys. zł miesięcznie, a do tego doliczany jest 19 proc. podatek.

Dyrektor pogotowia nadziei upatruje w rozmowach z Ministerstwem Zdrowia, na które w przyszłym tygodniu wybiera się Wojciech Waligóra. BPR nie jest w stanie finansowo konkurować ze szpitalami państwowymi, a co dopiero prywatnymi. Ograniczeniem jest również to, że w skład załogi karetki specjalistycznej wchodzić może jedynie chirurg, anestezjolog lub lekarz medycyny ratunkowej. Do tego dochodzi specyfika pracy. Nie każdy chce pracować na tzw. pierwszej linii, kiedy liczy się czas i samodzielne działanie. Praca w szpitalu wydaje się wygodniejsza i bardziej bezpieczna. - Do tego trzeba mieć chęci - kwituje dyrektor Waligóra.

Adam Kanik
[email protected]