Młodzi, zdolni, wrażliwi ludzie - którzy poszukują oparcia i akceptacji w grupie rówieśniczej, bo niejednokrotnie brakuje im zrozumienia w rodzinie czy szkole – znaleźli się w artystycznym obiektywie Anny Hartman-Ksycińskiej.

Efekty tego projektu – zatytułowanego „To jest rzecz wtórna” - można obecnie oglądać na wystawie pod tym samym tytułem w bielskiej Galerii Fotografii B&B. - Artystka zajmuje się w swojej twórczości osobami, które mają problemy z adaptacją w społeczeństwie, które w jakiś sposób się wyróżniają – mówi kurator Galerii B&B Inez Baturo.

Anna Hartman-Ksycińska, która z zawodu jest specjalistą pediatrii i anestezjologiem, postanowiła kilka lat temu przyjrzeć się kolorowo ubranej grupie przyjaciół z ostatnich klas rzeszowskiego liceum. Nie była dla nich anonimowa, ponieważ do grona tej młodzieży należała także jej córka. Młodzi ludzie stopniowo zaufali artystce i pozwolili się fotografować. - Spędzali ze sobą dużo czasu, rozmawiali, inspirowali się wzajemnie, eksperymentowali na różnych polach. Często jednak demonstracyjna brawura przykrywała smutek, niepewność, poczucie braku oparcia. Rekompensowali to, tworząc silne więzy wewnątrz grupy, w której mieli możliwość czułego, pozbawionego erotycznego podtekstu przytulenia się, ale także przymiarek do pierwszych związków partnerskich, niekoniecznie heteroseksualnych – opisuje Anna Hartman-Ksycińska. - W mieście w południowo-wschodniej Polsce prowokujące stroje, kolorowe włosy, biżuteria u obojga płci, próby zdefiniowania preferencji seksualnych stanowią wyraźne przekroczenie akceptowalnych standardów socjalnych, zarówno z punktu widzenia szkoły, jak i rodziców. Ile wolności zostawiamy młodym ludziom? Czy ułatwiamy im wejście w dorosłość? Czym są stereotypy i jak zgubny mogą mieć wpływ na nastolatków? Czy tożsamość musi być przedmiotem debaty politycznej? Zadaję sobie te pytania codziennie.

Artystka podkreśla, że młodzież, którą fotografowała, chodziła do renomowanego liceum, pochodziła z dobrych domów i była bardzo inteligentna i kreatywna. - Natomiast ilość problemów, o których słyszałam najpierw od mojej córki, a potem od nich samych, była ogromnym zderzeniem z tym, kim wydawali się na pierwszy rzut oka. Na przykład w czasie, kiedy ich fotografowałam, doszło wśród nich do trzech prób samobójczych – jednej dokonanej i dwóch na szczęście niedokonanych. Było też mnóstwo samouszkodzeń i interwencji psychiatrycznych – opowiada artystka.

Wspomina, że po raz pierwszy przyszła do nich, gdy spotkali się w ruinach starego budynku pokrytego graffiti. - Nie bardzo wiedzieli, czego się spodziewać. Powiedziałam im: „Róbcie co chcecie, nie zwracajcie na mnie uwagi”. Rzeczywiście, po pół godzinie znudzili się moją obecnością i przestali na mnie patrzeć, a ja robiłam zdjęcia. Potem powiedziałam, że jak skończą spotkanie, mogą przyjść do mnie do domu, a ja pokażę im, co z tego wyszło. Gdy przyszli, pokazałam im na dużym ekranie pierwsze zdjęcia. Byli zaskoczeni, jacy są na nich ładni. To był taki moment przełomowy, w którym przekonali się, że ktoś ich obserwuje życzliwie, z sympatią, nie krytykując, nie wygłaszając kazań na przykład na temat ich stroju. Po pewnym czasie wiedzieli, że nigdy ich nie skrzywdzę i że te zdjęcia są robione po to, żeby pokazać ich z tej pięknej strony. Poczuli się dostrzeżeni, zaakceptowani i bardzo chętnie współpracowali. Gdy nastała pandemia i przestaliśmy się na jakiś czas spotykać, często dzwonili i pytali, czy będziemy kiedyś znowu robić zdjęcia. Gdy się w końcu spotkaliśmy – a umówiłam się tylko z dwiema osobami – w ciągu godziny z bocznych uliczek przyszli wszyscy i zaczęli mi się rzucać z radości na szyję, podczas gdy wcześniej nie było między nami żadnego kontaktu fizycznego, nawet przytulania na przywitanie. To było bardzo wzruszające – kończy Anna Hartman-Ksycińska.

Wystawa trwa do 30 grudnia.

Na zdjęciu poniżej kurator Galerii Fotografii B&B Inez Baturo (z lewej) i Anna Hartman-Ksycińska. Fot. Magdalena Nycz