Zapach suszu i świątecznej choiny. Przedświąteczny klimat na bielskim targowisku ZDJĘCIA
Niedługo minie rok od uchwalenia przez bielskich radnych planu zagospodarowania przestrzennego dla targowiska przy ul. Lompy w Bielsku-Białej. Spekulowano wówczas, że częściowe dopuszczenie w tym miejscu zabudowy mieszkaniowej oznacza rychły kres „rynku”, jak to miejsce wciąż określają starsi bielszczanie. Pogłoski o śmierci targowiska okazały się przedwczesne, co doskonale widać przed świętami.
- Mamy obietnicę, że przynajmniej przez dwa lata nic się nie zmieni - mówi Henryk Barankiewicz, jeden z weteranów handlu przy Lompy, który prowadzi tu swoje stoisko od 36 lat. - Zresztą plan zagospodarowania terenu nadal przewiduje w tym miejscu głównie funkcję targową - dodaje nasz rozmówca. Kupiec zwraca uwagę, że choć ruch na targowisku jest dużo mniejszy niż przed laty, wciąż ma ono swoją stałą klientelę. – Są to osoby starsze, przywiązane do miejsca oraz nowi klienci, poszukujący towarów lokalnych i ekologicznych.
Targowisko przy ul. Lompy tradycyjnie ożywa w dni targowe - środy i soboty, kiedy przyjeżdżają lokalni producenci sprzedający na straganach artykuły własnego wyrobu. - Rolnikom jest teraz łatwiej - przyznaje kupiec. - Sprzyja im moda na żywność certyfikowaną i ekologiczną, korzystają też z różnych dotacji.
Poza dniami targowymi handel przy Lompy zamiera. Targowisko jest wprawdzie otwarte, ale jego działalność ogranicza się do tzw. uliczki ze stoiskami od strony ul. Sikorskiego. Smutne wrażenie sprawia zabytkowa hala targowa. Wyremontowana przed dekadą ze środków Unii Europejskiej, dziś stoi zamknięta. - Nikt w niej nie chciał sprzedawać, bo przyciągała mało klientów - wyjaśnia Henryk Barankiewicz.
Nasz rozmówca przyznaje, że targowisko istnieje trochę na przekór globalnym trendom. - Klienci są dziś przyzwyczajeni do wygodnych zakupów w sieciach handlowych i do szerokiego asortymentu towarów - mówi kupiec. - A u nas kupią wprawdzie polską marchewkę czy pietruszkę, ale już nie banany czy mango.
Mimo tych przeciwności pan Henryk nie popada w pesymizm. Uważa, że dla małego handlu wciąż jest miejsce. Zwłaszcza że coraz więcej osób stawia na jakość i indywidualny kontakt ze sprzedawcą. - Chodzi jednak o to, żeby do handlu przyciągnąć młodych, żeby stał się dla nich bardziej opłacalny - zastrzega.
Henryk Barankiewicz uważa, że obecnie bardzo trudno jest młodym przedsiębiorcom prowadzącym jednoosobową działalność utrzymać się z handlu. - Żeby rozpocząć działalność trzeba przeznaczyć co miesiąc przynajmniej 3 tys. zł na pokrycie różnych kosztów: ZUS, opłata za stoisko, paliwo - wylicza.
Kupiec przekonuje, że problem jest ogólnopolski, nie lokalny. - Handel obwarowany jest licznymi i rygorystycznymi normami - podkreśla kupiec. - Podlega regularnym kontrolom ze strony sanepidu, inspekcji weterynaryjnej i innych służb. Małym przedsiębiorcom trudniej jest się odnaleźć w tym gąszczu przepisów i spełnić wszystkie wymagania niż wielkim sieciom handlowym - ocenia nasz rozmówca.
MIC
Oceń artykuł:
40 5
























Może i masz rację, to by tłumaczyło dlaczego siedzi w sieci całą dobę czekając aby coś napisać. Smutne takie życie online....