Cztery zastępy straży pożarnej, pogotowie ratunkowe i policję zadysponowano w piątkowy wieczór po otrzymaniu zgłoszenia pożaru mieszkania przy ul. Żywieckie Przedmieście w Bielsku-Białej. Z budynku wielorodzinnego ewakuowano 12 lokatorów, a trzy załogi ratownictwa medycznego przebadały łącznie pięć osób. Do szpitala odwieziono mężczyznę - lokatora mieszkania, które uległo spaleniu.

Zgłoszenie pożaru wpłynęło do służb ratunkowych w piątek o godz. 22.29. Ze zgłoszenia wynikało, że pali się mieszkanie w budynku wielorodzinnym. - Po dojeździe na miejsce i przeprowadzeniu rozpoznania okazało się, że pożarem objęte jest mieszkanie na pierwszym piętrze, lokatorzy w ilości około 12 osób opuścili budynek przed naszym przybyciem - powiedział nam st. kpt. Paweł Nycz z JRG1 w Bielsku-Białej.

- Strażacy w aparatach ochrony górnych dróg oddechowych podali linię gaśniczą do pomieszczenia, w którym się paliło, drugi prąd gaśniczy podaliśmy do mieszkania z drabiny mechanicznej. Równocześnie wprowadziliśmy drugą rotę ratowników aparatach ochrony górnych dróg oddechowych w celu przeszukania pięciu mieszkań pod kątem osób poszkodowanych - mówił strażak kierujący działaniami.

- Klatka schodowa tego budynku i część z tych mieszkań była silnie zadymiona. Nikomu nic się nie stało, ale lokator mieszkania objętego ogniem został zabrany do szpitala w celu przebadania – dodał st. kpt. Nycz.
Ekipa pogotowia energetycznego wyłączyła prąd w mieszkaniach na piętrze budynku. Wskutek pożaru doszczętnie spłonęło mieszkanie wraz z wyposażeniem. - W mieszkaniu była bardzo wysoka temperatura, płomienie sięgały sufitu. Musieliśmy się przemieszczać na kolanach - powiedział nam jeden  ratowników.

Dalsze działania strażaków polegały na wyrzuceniu z mieszkania spalonego wyposażenia, przewietrzeniu i sprawdzeniu pod kątem stężenia tlenku węgla. W akcji uczestniczyły trzy zastępy straży pożarnej z JRG1, jeden z OSP Leszczyny, trzy zespoły ratownictwa medycznego i patrol z Komendy Miejskiej Policji w Bielsku-Białej. Przyczynę pożaru ustala policja.

Tekst i foto: Mirosław Jamro