Najbardziej boimy się włamania. A szkody często zaczynają się zupełnie inaczej
Wypadek na wakacjach, włamanie do domu, zgubiony bagaż – to właśnie takie sytuacje najczęściej przychodzą nam do głowy, gdy myślimy o pechu. Tymczasem statystyka potrafi mocno zaskoczyć. Bo największe problemy nie zawsze zaczynają się od spektakularnych wydarzeń. Czasem wystarczy zwykły dzień, własna łazienka i… pęknięty wężyk od pralki.
Nasz mózg nie jest dobrym statystykiem
Wyobrażamy sobie ryzyko trochę inaczej, niż wygląda ono w rzeczywistości.
Dlaczego?
Bo łatwiej zapamiętujemy rzeczy niezwykłe. Jeśli ktoś podczas wakacji zgubił bagaż, prawdopodobnie opowie o tym rodzinie, znajomym i współpracownikom. Jeśli komuś włamano się do domu, historia może być wspominana przez lata.
A ile razy słyszeliśmy emocjonującą opowieść o tym, że komuś pękła rura pod zlewem?
No właśnie.
Niektóre zdarzenia są po prostu bardziej „opowiadalne”. Przez to zaczynamy przeceniać ich prawdopodobieństwo, a jednocześnie ignorujemy te sytuacje, które są zwyczajne i pozornie niegroźne.
Tymczasem właśnie zwyczajność potrafi być podstępna.
Co jest bardziej prawdopodobne: zgubiony bagaż czy stłuczka?
Wyobraźmy sobie dwie sytuacje.
Pierwsza: lecimy na długo wyczekiwane wakacje, wysiadamy z samolotu i okazuje się, że naszej walizki nie ma.
Druga: jedziemy rano do pracy i na skrzyżowaniu dochodzi do stłuczki.
Która historia bardziej zapadnie nam w pamięć?
Prawdopodobnie pierwsza.
Ale przecież samochodem jeździmy regularnie. Czasem codziennie. I nawet jeśli sami prowadzimy ostrożnie, nie mamy pełnej kontroli nad tym, co zrobi kierowca obok.
To właśnie jeden z problemów z ocenianiem ryzyka na podstawie własnego doświadczenia.
Jeżeli przez kilka czy kilkanaście lat nic złego nam się nie wydarzyło, łatwo pomyśleć: „Widocznie mam szczęście”.
Tylko że brak szkody wczoraj nie jest gwarancją, że nie będzie jej jutro.
Najgroźniejszy przeciwnik może być… w domu
Dom kojarzy się z bezpieczeństwem. To miejsce, w którym możemy wreszcie odpocząć.
I właśnie dlatego przestajemy być czujni.
Schody? Znamy je na pamięć.
Łazienka? Korzystamy z niej codziennie.
Drabina?
„Tylko szybko coś zdejmę”.
Remont?
„Przecież wiem, co robię”.
Praca w ogrodzie?
„Robię to od lat”.
Nie potrzeba ekstremalnej sytuacji, żeby doszło do wypadku. Czasami wystarczy chwila nieuwagi podczas zupełnie zwyczajnej czynności.
Podobnie jest ze szkodami w domu.
Nie zawsze zaczynają się od włamywacza, wybitej szyby czy pożaru.
Czasami zaczynają się od niewielkiej awarii.
Pęknięta rura. Nieszczelna instalacja. Awaria pralki. Zalanie.
Problem w tym, że woda nie pyta, czy właśnie skończyliśmy remont.
„Mnie to nie spotka”
To jedno z najczęściej powtarzanych zdań, jeśli chodzi o ubezpieczenia.
I trudno się dziwić.
Nikt przecież nie chce codziennie zastanawiać się nad tym, co może pójść nie tak.
Nie chodzi jednak o to, żeby żyć w strachu.
Chodzi o coś zupełnie innego – o świadomość, że nie wszystko w naszym życiu zależy od nas.
Możemy być świetnymi kierowcami, ale nie odpowiadamy za innych uczestników ruchu.
Możemy dbać o dom, ale nie przewidzimy każdej awarii.
Możemy uważać podczas remontu, ale nie mamy pełnej kontroli nad każdą sytuacją. Możemy też przez wiele lat nie mieć żadnego problemu i uznać, że skoro do tej pory było dobrze, to tak będzie zawsze.
Statystyka jest tutaj bezlitosna. Nie interesuje jej, czy mieliśmy szczęście przez ostatnie pięć, dziesięć czy piętnaście lat.
Ubezpieczenie nie powinno zaczynać się od strachu
Może więc zamiast pytać:
„Czego najbardziej się boję?”
warto zadać sobie inne pytanie:
„Co mogłoby mieć dla mnie naprawdę poważne konsekwencje finansowe?”
To zmienia perspektywę.
Bo ubezpieczenie samochodu nie jest wyłącznie kwestią samego samochodu. Ubezpieczenie domu nie dotyczy tylko murów. A polisa turystyczna nie jest potrzebna wyłącznie dlatego, że jedziemy na drugi koniec świata.
Chodzi o to, co stanie się z naszym budżetem, planami i spokojem, jeżeli wydarzy się coś nieprzewidzianego.
I tutaj dochodzimy do najważniejszego paradoksu.
Ubezpieczenia kupujemy wtedy, kiedy nic się jeszcze nie wydarzyło.
Czyli dokładnie wtedy, kiedy najłatwiej pomyśleć, że właściwie nie są nam potrzebne.
Pecha nie da się zaplanować. Można jednak przygotować się na jego skutki
Nie da się przewidzieć, czy jutro będziemy uczestnikami stłuczki.
Nie wiemy, czy za miesiąc pęknie rura.
Nie wiemy, czy podczas kolejnego wyjazdu coś wydarzy się z naszym bagażem.
Nie wiemy nawet, czy schodząc rano po schodach, nie potkniemy się na ostatnim stopniu.
I całe szczęście, że nie musimy o tym wszystkim myśleć przez cały czas.
Wystarczy jednak raz na jakiś czas zatrzymać się i sprawdzić, czy nasze zabezpieczenie nadal odpowiada temu, jak dziś wygląda nasze życie.
Bo samochód może być inny niż kilka lat temu. Dom może być po remoncie. Pojawiły się nowe sprzęty, nowe zobowiązania, dzieci, podróże albo rzeczy, na których dorobek zajmował nam lata.
Ryzyko się nie pyta, czy jesteśmy na nie gotowi.
Po prostu czasami się pojawia.
I może właśnie dlatego warto spojrzeć na nie bez paniki, ale też bez złudzeń.
Statystyka nie powie nam, czy jutro spotka nas pech.
Może jednak przypomnieć, że to, czego najbardziej się obawiamy, nie zawsze jest tym, co rzeczywiście powinno nas martwić.
Bo największy problem czasami nie przychodzi z hukiem.
Czasami zaczyna się od jednego małego przecieku.
A kończy na rachunku, którego nikt wcześniej nie planował.
Człowiek kontra pech? Pecha nie zawsze da się uniknąć. Ale można zdecydować, jak bardzo jego skutki wpłyną na nasze życie.
Artykuł sponsorowany
Oceń artykuł:
0 1Komentarze 1



Klauzula informacyjna ›