Jeszcze kilkanaście minut wcześniej wszystko wyglądało zupełnie zwyczajnie. Wakacyjny wieczór, hulajnoga elektryczna i obietnica, że to tylko krótka przejażdżka. Takich sytuacji każdego dnia są setki. Dzieci wychodzą z domu, spotykają się z rówieśnikami, jadą po lody, na boisko albo do sklepu. Rodzice najczęściej nawet się nie zastanawiają, że za chwilę ich telefon może zadzwonić z numeru, którego nikt nie chciałby zobaczyć na ekranie.

Kilka dni temu taki telefon mogli odebrać rodzice 14-letniej dziewczynki z Kobiernic. Nastolatka poruszała się hulajnogą elektryczną. W pewnym momencie uderzyła w krawężnik i z dużą siłą upadła na jezdnię. Według informacji przekazanych przez służby nie miała na głowie kasku. Tym razem skończyło się bez tragedii. Ale równie dobrze ta historia mogła wyglądać zupełnie inaczej.

To kolejny taki wypadek na Podbeskidziu. I niestety wszystko wskazuje na to, że nie ostatni. Policjanci, ratownicy medyczni i lekarze od lat obserwują ten sam schemat. Gdy kończy się rok szkolny, zaczyna się sezon wakacyjnych urazów. Na oddziały ratunkowe trafiają dzieci po upadkach z rowerów, hulajnóg, rolek czy skuterów. Zmieniają się jedynie miejsca, nazwiska i okoliczności. Mechanizm pozostaje ten sam.

Najbardziej niepokoi jednak coś zupełnie innego. Większość rodziców czytających takie informacje jest przekonana, że ich dziecka ten problem nie dotyczy. „Moje jeździ ostrożnie”, „To odpowiedzialny nastolatek”, „Przecież jedzie tylko kilka ulic dalej”. To naturalny sposób myślenia. Każdy chce wierzyć, że najgorsze spotyka innych. Problem polega na tym, że wypadki nie wybierają dzieci lekkomyślnych. Bardzo często dotyczą tych, które po prostu znalazły się w złym miejscu i złym czasie.

Wystarczy chwila nieuwagi. Mokra nawierzchnia po krótkim deszczu. Niewielki kamień na ścieżce rowerowej. Zbyt gwałtowne hamowanie albo źle oceniona odległość od krawężnika. To sytuacje, które mogą przydarzyć się każdemu. Asfalt nie pyta, czy dziecko jeździ hulajnogą od tygodnia czy od trzech lat. Nie ma znaczenia, czy do domu zostało sto metrów, czy pięć kilometrów. Wypadek trwa kilka sekund. Jego konsekwencje mogą zostać z rodziną na wiele miesięcy.

Ratownicy medyczni wielokrotnie podkreślają, że latem liczba podobnych interwencji wyraźnie wzrasta. Więcej wolnego czasu oznacza więcej aktywności na świeżym powietrzu, ale również większe ryzyko. Dzieci są odważniejsze, częściej spotykają się z rówieśnikami, próbują nowych rzeczy i nie zawsze potrafią właściwie ocenić zagrożenie. To naturalny element dorastania. Rolą dorosłych nie jest zabranianie im aktywności, ale stworzenie warunków, które pozwolą ograniczyć skutki ewentualnych błędów.

Jednym z najprostszych sposobów jest noszenie kasku. Mimo licznych kampanii społecznych wciąż można odnieść wrażenie, że dla wielu nastolatków jest on zbędnym dodatkiem. Powody są różne. „Koledzy nie noszą”, „Wygląda się śmiesznie”, „Jadę tylko na chwilę”. Tymczasem lekarze nie mają wątpliwości – urazy głowy należą do najpoważniejszych obrażeń, z jakimi trafiają do nich młodzi pacjenci po upadkach z hulajnóg czy rowerów. Kask nie sprawi, że wypadek się nie wydarzy. Może jednak znacząco zmniejszyć ryzyko ciężkich obrażeń.

To właśnie dlatego coraz częściej mówi się, że kask powinien stać się dla dzieci tym, czym pasy bezpieczeństwa są dziś dla kierowców. Jeszcze kilkanaście lat temu również nie wszyscy je zapinali. Dziś większość z nas robi to odruchowo. Być może podobna zmiana potrzebna jest także w przypadku hulajnóg i rowerów.

Warto pamiętać, że sam moment wypadku to często dopiero początek problemów. Rodzice skupiają się przede wszystkim na zdrowiu dziecka, ale rzeczywistość bardzo szybko pokazuje kolejne wyzwania. Badania diagnostyczne, konsultacje specjalistyczne, rehabilitacja, leczenie stomatologiczne po urazach twarzoczaszki czy wielotygodniowa przerwa od codziennych aktywności to tylko część konsekwencji, z którymi mierzą się rodziny. Niektóre dzieci wracają do pełnej sprawności po kilku tygodniach, inne potrzebują znacznie więcej czasu.

Dlatego eksperci od bezpieczeństwa od lat powtarzają, że najlepszym rozwiązaniem jest połączenie profilaktyki z odpowiednim przygotowaniem. Rozmowa z dzieckiem, przypominanie o zasadach ruchu drogowego, wybór bezpiecznych miejsc do jazdy czy dopilnowanie, aby przed wyjściem założyło kask, nie gwarantują, że nic złego się nie wydarzy. Znacząco zwiększają jednak szanse, że ewentualny wypadek nie zakończy się dramatem.

W odpowiedzi na rosnącą liczbę wypadków z udziałem dzieci i młodzieży, Multiagencja Certis Ubezpieczenia od lat zwraca uwagę, że bezpieczeństwo nie kończy się na przepisach ruchu drogowego. Dlatego, wspólnie z Radiem Bielsko i Bielskim Pogotowiem Ratunkowym, włączyła się w akcję „KASK TO NIE OPCJA!”, której celem jest przypominanie, jak ogromne znaczenie mają codzienne nawyki – od założenia kasku po świadome zachowanie na drodze.

To również dobry moment, by przypomnieć o programie „Aktywni Młodzi”, stworzonym z myślą o dzieciach i nastolatkach prowadzących aktywny tryb życia. To rozwiązanie, które ma wspierać rodziny nie tylko podczas roku szkolnego, ale również w czasie wakacji, kiedy młodzi ludzie najczęściej korzystają z rowerów, hulajnóg, rolek czy uczestniczą w obozach i wyjazdach. Bo choć nikt nie zakłada, że dojdzie do wypadku, warto być przygotowanym na sytuacje, których nie sposób przewidzieć.

Wakacje powinny kojarzyć się z przygodą, a nie z karetką pogotowia. Jednak odpowiedzialność rodzica nie kończy się na kupnie hulajnogi czy roweru. Czasem najważniejsze decyzje zapadają jeszcze przed wyjściem z domu.

Bo kiedy telefon ze szpitala naprawdę zadzwoni, nikt nie będzie zastanawiał się, czy dziecko miało najnowszy model hulajnogi. Wszyscy będą zadawać sobie zupełnie inne pytanie – czy zrobiliśmy wszystko, żeby zapewnić mu bezpieczeństwo?