Czy czeka nas referendum w sprawie odwołania władz Bielska-Białej? Do medialnych doniesień oficjalnie odniósł się w poniedziałek poseł Bronisław Foltyn, który swoimi wpisami w mediach społecznościowych tylko podgrzał atmosferę. Deklaruje, że przeprowadzi w tej sprawie ponadpartyjne rozmowy, ale stawia jeden warunek.

Wszystko zaczęło się od ujawnienia przez naszą redakcję informacji o rozmowach, które były prowadzone przez lokalne środowisko Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji. Uczestniczył w nich osobiście poseł Bronisław Foltyn oraz przedstawiciele szefa bielskich struktur PiS posła Przemysława Drabka. Rozmowy nie zakończyły się niczym konkretnym, ale odwołanie prezydenta Krakowa tylko podsyciło nastroje.

Na oficjalny komentarz jednego z głównych zainteresowanych nie trzeba było długo czekać. Głos po naszej publikacji zabrał w poniedziałek poseł Foltyn, który rzucił tajemnicze hasło, że ani nie zaprzecza, ani nie potwierdza, że do takich rozmów doszło. Po kilku godzinach poszedł jednak o krok dalej.

Lider bielskich struktur Konfederacji zadeklarował, że poważnie zajmie się tym tematem. Foltyn zapowiedział organizację otwartych, ponadpolitycznych i konstruktywnych rozmów w sprawie referendum w Bielsku-Białej, ale postawił jeden warunek. W uruchomionej ankiecie musi zebrać 10 tysięcy głosów. To mniej więcej tyle, ile wynosi liczba wymaganych podpisów, by przeprowadzić referendum.

Zgodnie z prawem, organizatorzy mieliby 60 dni na zbiórkę podpisów. Aby odwołać prezydenta Jarosława Klimaszewskiego do urn musiałoby pójść co najmniej 3/5 wyborców biorących udział w jego wyborze.

W drugiej turze wyborów samorządowych z 2024 roku była ona bardzo niska, wyniosła zaledwie 38,69 proc. Aby referendum odwoławcze było ważne, do urn musiałoby pójść zaledwie 23,19 proc. uprawnionych Bielszczan. Oczywiście większość musiałaby oddać głos za odwołaniem prezydenta Bielska-Białej.

bak