Właśnie z taką rzeczywistością codziennie mierzą się kierowcy w Bielsku-Białej i na całym Podbeskidziu. Wystarczy wyjechać nowym samochodem z salonu, by jego wartość zaczęła spadać. A później wystarczy chwila nieuwagi na obwodnicy, śliska nawierzchnia na zjeździe z S1 albo stłuczka pod centrum handlowym, by stracić dziesiątki tysięcy złotych.

Mieszkańcy regionu kochają samochody. Widać to wszędzie, na parkingach pod Sferą, Gemini Parkiem czy Sarnim Stokiem. Coraz więcej rodzin ma dwa auta, a czasem nawet trzy. Jednym jeździ się do pracy, drugim odwozi dzieci do szkoły, trzecie służy do weekendowych wyjazdów w góry. Problem w tym, że wielu kierowców nadal patrzy na samochód wyłącznie jak na wygodę, a nie jak na majątek, który każdego dnia jest narażony na finansowe ryzyko.

A ryzyko na śląskich drogach jest naprawdę wysokie.

Województwo śląskie od lat znajduje się w czołówce policyjnych statystyk dotyczących kolizji i wypadków. W praktyce oznacza to tysiące zdarzeń każdego roku. W Bielsku-Białej wystarczy krótka jazda w godzinach szczytu, by zrozumieć, dlaczego. Zakorkowane skrzyżowania, ciasne ulice, trudne wyjazdy z osiedli, niebezpieczne manewry na światłach czy ogromny ruch w kierunku Szczyrku, Żywca i Katowic tworzą mieszankę, w której nawet ostrożny kierowca może paść ofiarą czyjegoś błędu.

Wystarczy moment. Ktoś zagapi się na telefon. Nie wyhamuje na mokrej nawierzchni. Wymusi pierwszeństwo. Zarysuje auto na parkingu. Uderzy w tył samochodu na światłach. Czasem kończy się tylko na stresie i kilku dniach bez auta. Ale czasem szkoda jest znacznie większa. Wielu właścicieli samochodów przeżywa wtedy ogromne zaskoczenie. Okazuje się, że „pełne ubezpieczenie” wcale nie oznacza pełnej ochrony finansowej. Wyobraźmy sobie prostą sytuację. Kupujesz auto za 150 tysięcy złotych. Pachnie nowością, ma jeszcze folię na ekranie i pierwszy raz wyjeżdża na drogi. Jednak już w chwili opuszczenia salonu jego wartość zaczyna spadać. To zjawisko znane jest od lat, samochód traci na wartości praktycznie od pierwszego kilometra.

Po dwóch czy trzech latach auto może być warte nawet kilkadziesiąt tysięcy mniej. I tutaj pojawia się problem, o którym wielu kierowców dowiaduje się dopiero po szkodzie całkowitej albo kradzieży.

Jeśli samochód zostanie rozbity lub zniknie, ubezpieczyciel z polisy AC wypłaci kwotę odpowiadającą aktualnej wartości rynkowej pojazdu. Nie tej z dnia zakupu. Nie tej z faktury. Tylko tej „na dziś”.

W praktyce wygląda to często tak: auto kupione za 150 tysięcy złotych po kilku latach warte jest 100 tysięcy. Dochodzi do szkody całkowitej i właśnie tyle wypłaca ubezpieczyciel.

A brakujące 50 tysięcy?

Po prostu znika. Dla wielu osób to ogromny finansowy cios. Szczególnie wtedy, gdy samochód został kupiony w leasingu albo na kredyt. Bo rata często nadal istnieje, mimo że auta już nie ma. Nagle okazuje się, że trzeba spłacać pojazd, którego już się nie posiada, albo dołożyć ogromną kwotę do zakupu nowego samochodu tej samej klasy. I właśnie dlatego coraz więcej świadomych kierowców decyduje się na ubezpieczenie GAP. Choć ta nazwa nadal brzmi dla wielu tajemniczo, sam mechanizm jest bardzo prosty. GAP zabezpiecza różnicę pomiędzy wartością auta z dnia zakupu a jego wartością w dniu szkody. Innymi słowy - chroni właściciela przed utratą wartości pojazdu. Jeśli więc samochód kosztował 150 tysięcy złotych, a po szkodzie AC wypłaciło 100 tysięcy, GAP może pokryć brakujące 50 tysięcy. To właśnie dlatego wiele osób nazywa tę polisę „ubezpieczeniem zdrowego rozsądku”. Bo trudno pogodzić się z sytuacją, w której przez kilka sekund na drodze można stracić oszczędności zbierane przez lata.

Co ciekawe, największe zainteresowanie GAP-em widać dziś nie tylko wśród właścicieli luksusowych aut. Coraz częściej wybierają go także osoby kupujące rodzinne SUV-y, hybrydy czy samochody używane o wyższej wartości. Powód jest prosty, ceny pojazdów w ostatnich latach mocno wzrosły, a utrata wartości nadal działa dokładnie tak samo. Wielu kierowców myśli: „mnie to nie spotka”. Do czasu pierwszej poważniejszej stłuczki. Potem pojawia się zdziwienie, frustracja i pytanie: dlaczego nikt wcześniej mi o tym nie powiedział? Eksperci rynku ubezpieczeniowego przyznają wprost, świadomość kierowców w Polsce nadal jest dużo niższa niż w Europie Zachodniej. Tam GAP jest często standardem przy zakupie auta. W Polsce wiele osób nadal traktuje go jako zbędny dodatek. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy trzeba policzyć realne straty. A te bywają naprawdę bolesne. Bo samochód to dziś dla wielu rodzin drugi największy wydatek po mieszkaniu. Dlatego coraz więcej osób zaczyna patrzeć na niego nie tylko emocjonalnie, ale również finansowo. Nie jak na „cztery kółka”, ale jak na inwestycję, którą warto zabezpieczyć. W multiagencji Certis Ubezpieczenia podkreślamy, że kierowcy z Podbeskidzia stają się coraz bardziej świadomi tego, jak działa utrata wartości pojazdu. I trudno się dziwić. Na śląskich drogach lepiej mieć realną ochronę finansową niż liczyć wyłącznie na szczęście.

Artykuł sponsorowany