Lodowisko na chodnikach, autobus ciągnięty przez BMW pod wzniesienie i nagrania pługów, które zdaniem internautów „jeżdżą na pusto”. Po fali krytyki dotyczącej zimowego utrzymania miasta, dotarliśmy do przedstawicieli firmy Dromar. Jej właściciel zapewnia, że sprzęt stacjonuje na bazie w Komorowicach, a kontrowersyjne metody sypania dróg to technologia, której... nie widać gołym okiem. Mimo krytyki mieszkańców, właściciel firmy uważa, że liczba pługów wymagana przez MZD do zimowego utrzymania miasta położonego u stóp Beskidów jest wystarczająca.

Po piątkowym fiasku kontaktu z głównym inżynierem Miejskiego Zarządu Dróg, który z ramienia zamawiającego nadzoruje „akcję zima”, postanowiliśmy skontaktować się bezpośrednio z Dromarem. Firma, związana kontraktem z MZD do 2027 roku, odpowiada za zimowe utrzymanie obu części Bielska-Białej.

Na początek zapytaliśmy o regularnie pojawiające się sugestie, że firma wysyła sprzęt ze swojej głównej siedziby w powiecie gliwickim. – Cały wymagany sprzęt zgodnie z warunkami przetargu stacjonuje w Bielsku-Białej. Baza została utworzona przy ul. Królewskiej w Komorowicach – mówi Marian Kaliściak. Na bazie znajduje się również magazyn soli, solanki oraz kontenery socjalne dla dyspozytora i pracowników.

Kontrowersje wzbudziły filmy na profilu Bielskie Drogi. Widać na nich pługi z kręcącymi się rozrzutnikami, ale nie widać, by ulice były posypywane, choć akurat na nagraniu są „czarne”. Pojawiły się zarzuty o „nabijanie kilometrów”. – Są trzy metody działania: solą w formie grysu, solą zwilżoną solanką albo solanką w postaci płynnej. Solanki w postaci płynnej, a taką też używamy, nie widać, bo to jest „mgiełka” – mówi. Wykonawca stoi na stanowisku, że to najszybsza metoda odladzania jezdni przy temperaturach bliskich zeru.

Odnosząc się do porannego paraliżu, który dotknął Bielszczan w środę, Marian Kaliściak twierdzi, że sytuacja została opanowana w niespełna trzy godziny po nagłej śnieżycy. – W środę nad ranem jak mieszkańcy jechali do pracy drogi były czarne i mokre. Później około godz. 7.30 przyszła śnieżyca - silny opad mokrego śniegu. Drogi zrobiły się w ciągu kilku minut białe. Około godz. 10 sytuacja była już opanowana – twierdzi.

Krytyka pojawiła się także w miniony weekend, gdy po zapowiadanych opadach w niedzielę stan dróg długo był fatalny. – Mamy umowę z IMGW i otrzymujemy alerty, ale przy intensywnych opadach nie da się opanować ponad 600 kilometrów dróg w chwilę. Reagujemy już w trakcie opadów, choć warunki przetargu mówią o 4 godzinach po ustaniu opadów na usunięcie błota pośniegowego – zapewnia właściciel.

Firma oprócz sprzętu wymaganego przez MZD ma jednego podwykonawcą, który posiada kolejnych 14 jednostek do zimowego utrzymania dróg i odpowiada za drogi trzeciej i najniższej, czwartej kategorii.

Słysząc te słowa i realnie oceniająć sytuacje na bielskich drogach zapytaliśmy, czy liczba sprzętu jest wystarczająca dla miasta położonego u stóp Beskidów, gdzie nie brakuje wzniesień? Zdaniem właściciela Dromaru – tak, ale i tu w trakcie rozmowy pojawiła się pewna wątpliwość w zakresie chodników, które w piątek zamieniły się w lodowisko. Problem dotyczył wielu ulic nie tylko w centrum miasta.

– Absurd jest taki, że w przetargu wymagany był jeden traktorek do chodników. Ja i tak dołożyłem kolejnych dziesięć i mamy ich 11, ale chodników do utrzymania jest wiele – twierdzi właściciel Dromaru. 

Po tych słowach planujemy wysłanie kolejnego zapytania, tym razem do MZD z prośbą o ocenę, czy liczba sprzętu wymaganego do zimowego utrzymania miasta jest odpowiednia. Do tematu wrócimy.

bak