Błędy śledczych i ból rodzin. Co łączy zaginięcie Karoliny Wróbel ze zbrodnią sprzed 20 lat?
W sobotę upłynął rok od momentu zaginięcia Karoliny Wróbel. Mimo zakrojonych na szeroką skalę działań w sprawie wciąż nie ma żadnego przełomu. Ale historia Czechowic-Dziedzic zna już podobny dramat. Blisko dwie dekady temu miasto żyło zaginięciem Joanny Surowieckiej. Wówczas na rozwiązanie zagadki czekano ponad cztery lata, a finał okazał się najczarniejszym z możliwych scenariuszy. Morderca młodej kobiety wpadł, bo zgubiła go czujność. Marek Z., skazany na 25 lat więzienia, niebawem będzie mógł ubiegać się o przedterminowe zwolnienie z zakładu karnego.
Był słoneczny, czerwcowy poranek 2006 roku. 20-letnia Joanna, studentka turystyki z Czechowic-Dziedzic miała przed sobą dwa kilometry drogi na dworzec kolejowy Goczałkowice-Zdrój, skąd odjeżdżał pociąg do Katowic. Przed godz. 9 po raz ostatni użyła telefonu, próbując dodzwonić się do kolegi, który czekał na nią na dworcu. W połowie drogi widział ją jeszcze sąsiad. To był ostatni raz, kiedy widziano ją żywą.
Od początku szukali w złym miejscu
Gdy młoda kobieta nie dotarła na egzamin, a jej telefon przestał odpowiadać, rodzina natychmiast wszczęła alarm. Matka dziewczyny, od początku czuła, że stało się coś złego. Wieczorem na miejscu była już policja i rozpoczęły się poszukiwania. Przez kolejne trzy tygodnie trwała bezprecedensowa akcja. Znajomi, rodzina, policjanci z psami i strażacy przeczesywali zarośla i stawy. Choć oficerowie operacyjni spekulowali o możliwej ucieczce z domu, rodzice nie wierzyli w taką wersję. Joanna nie wzięła paszportu ani pieniędzy.
Determinacja rodziny sprawiła, że twarz Joasi niebawem spoglądała z plakatów w całej Polsce. Śledztwo szybko utknęło jednak w martwym punkcie. Przyjęto błędne założenie, że do porwania doszło przed mostem na Wiśle, bo tam pies zgubił trop. Jak się później okazało, ciało było ukryte w zupełnie innym rejonie.
W sprawę zaangażowano znane nazwiska - jasnowidz Krzysztof Jackowski wskazał domek letniskowy pod Pszczyną, gdzie Joanna miała przebywać przed zaginięciem. Choć pies podjął tam trop, policja po badaniu wariografem wykluczyła udział właścicieli posesji w zdarzeniu. Z kolei ludzie detektywa Krzysztofa Rutkowskiego zwrócili uwagę na kamerę monitoringu przy trasie do Katowic. Okazało się, że policja z Pszczyny używała jej do tropienia osób podrzucających śmieci, ale zapomniała o niej w kontekście zaginięcia studentki. Gdy próbowano odczytać nagranie, było już za późno – dane zostały nadpisane.
Po kilku miesiącach prokuratura umorzyła postępowanie, nie znajdując dowodów na zbrodnię.
Żonie podarował telefon zamordowanej
Przez cztery i pół roku rodzina zaginionej mieszkanki Czechowic-Dziedzic żyła w zawieszeniu, ale przełom w końcu nastąpił, bo morderca popełnił błąd. Policja, pod naciskiem rodziców Joanny, w 2010 roku wznowiła monitoring telefonu zaginionej 20-latki i odkryła, że telefon jest aktywny od kilku miesięcy.
Znaleziono go u żony Marka Z., który podarował go ukochanej jako prezent z zagranicy. Morderca został zatrzymany pod Legnicą, gdzie wyjechał do pracy. Początkowo twierdził, że Joannę zna tylko z plakatów. Później plątał się w zeznaniach: mówił, że widział, jak upadła i rozbiła głowę. Ostatecznie, przytłoczony dowodami, pękł i wyznał prawdę. Zabójca tragicznego ranka pracował w barze nad stawem.
7 czerwca 2006 roku zaatakował przechodzącą młodą dziewczynę impulsywnie. Wciągnął ją w zarośla i zabił kilkoma ciosami kamieniem w głowę. Potem wrócił do pracy, zjadł obiad, a po północy – gdy odjechał ostatni pociąg a policja rozpoczęła poszukiwania – wrócił na miejsce zbrodni z łopatą i taczkami.
Głowę przytwierdził drutem
Ciało przewiózł na drugą stronę torów. Aby zmieścić je w foliowym worku, połamał kości ofiary, a głowę przytwierdził drutem do tułowia. Zakopał ją w gęstym zagajniku, kilkanaście metrów od peronu, z którego Joanna miała odjechać na egzamin. Podczas wizji lokalnej w listopadzie 2010 roku morderca próbował zmylić śledczych, wskazując złe miejsca. Dopiero konsultacja z leśnikiem pozwoliła odnaleźć zwłoki.
Marek Z., pochodzący z trudnej, wielodzietnej rodziny niedoszły górnik, w 2012 roku przed Sądem Okręgowym w Katowicach usłyszał wyrok - 25 lat więzienia za zabójstwo 20-latki. Najbliższi zamordowanej uznali tę karę za rażąco niską, pytając retorycznie, co trzeba zrobić w Polsce, by zasłużyć na dożywocie.
Teraz, gdy minął rok od tajemniczego zaginięcia Karoliny Wróbel, historia zamordowanej Joanny Surowieckiej wraca ze zdwojoną siłą. Szczególnie że niebawem – po odbyciu 15 lat kary pozbawienia wolności, do której skazanemu zalicza się również okres przebywania w tymczasowym areszcie – zabójca Marek Z. uzyska prawo do ubiegania się o przedterminowe, warunkowe zwolnienie z zakładu karnego.
Bartłomiej Kawalec
[email protected]
Oceń artykuł:
13 51
Tylko ćwierćinteligent twojego pokroju pisze szybciej, niż myśli. Z dużą poprawką na to myślenie, rzecz jasna.
Jak masz stawkę od słowa to piszesz co Ci do głowy wpadnie.