Dwa zarzuty usłyszał pilot, który w lipcu rozbił szybowiec kilkaset metrów od lotniska w Aleksandrowicach. 46-latek nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień. W sprawie pojawiają się nowe okoliczności - mężczyzna nabył uprawnienia pilota doświadczalnego za publiczne pieniądze, a kurs opłacił Urząd Lotnictwa Cywilnego. Pilot został już zwolniony z ULC, ale w momencie wypadku był współpracownikiem Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie - to rodziło poważny konflikt interesów.

Zarzuty mężczyźnie ogłosiła Prokuratura Rejonowa Bielsko-Biała Południe. Stało się kilkanaście dni temu, bo śledczy mieli problem, by przedstawić zarzuty pilotowania szybowcem w stanie nietrzeźwości.

Nie odpowie za pijany lot, a kierowanie autem

Kodeks karny penalizuje kierowanie w stanie nietrzeźwości pojazdu mechanicznego, a szybowiec nim nie jest. W tej sytuacji zgromadzono materiał dowodowy w postaci nagrania z monitoringu i zeznań świadków i ogłoszono 46-latkowi zarzut prowadzenia pod wpływem samochodu, którym przyjechał na lotnisko.

Śledczy ustalili, że mężczyzna prowadząc auto miał w organizmie ponad 2,3 promila alkoholu - to wynik wyższy niż ponad 1,5 promila wydmuchane bezpośrednio po awaryjnym lądowaniu. Zdaniem prokuratury mężczyzna nie spożywał alkoholu w trakcie lotu, który trwał ponad 20 minut i był rejestrowany przez kamery nasobne. Ani w szybowcu, ani na łące, na której wylądował, nie ujawniono żadnych butelek czy puszek.

46-latek musiał pić alkohol na długo przed startem i w takim stanie przyjechał na lotnisko w Aleksandrowicach. Drugi zarzut dotyczy już feralnego lotu. Mężczyzna usłyszał zarzut narażenia na niebezpieczeństwo dziewczyny, która jeździła konno, gdy tuż obok jej głowy przeleciał i lądował awaryjnie szybowiec. Mężczyzna nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i odmówił składania wyjaśnień.

Prokuratura planuje jeszcze w tym roku skierowanie aktu oskarżenia do Sądu Rejonowego w Bielsku- Białej. - Postępowanie znajduje się w końcowej fazie - mówi Paweł Nikiel, rzecznik bielskiej prokuratury.

Uprawnienia nabył za publiczne pieniądze

Pijany pilot nie jest już pracownikiem Urzędu Lotnictwa Cywilnego. Przy okazji naszego dziennikarskiego śledztwa na jaw wyszedł kolejny konflikt interesów związany z łączeniem przez niego pracy w ULC oraz współpracy w ramach umowy cywilnej z Lotniczą Akademią Wojskową w Dęblinie.

Jak ustaliliśmy, 46-latek uzyskał licencję pilota doświadczalnego za publiczne pieniądze. Mając licencję początkiem lipca mógł certyfikować szybowiec, a pijany lot zakończył się rozbiciem Diany.

Do kursu przystąpiły i uzyskały uprawnienia czterej pracownicy ULC. Koszt szkolenia to ponad 310 tys. zł. Jakie było uzasadnienie sfinansowania kursu urzędnikom? - Podnoszenie kwalifikacji zawodowych, w tym uzyskiwanie lub utrzymywanie uprawnień przez pracowników realizujących zadania w ramach statutowej działalności - odpowiada ULC powołując się na przepisy kodeksu pracy i ustawy o służbie cywilnej.

ULC zapewnia, że zakres obowiązków służbowych pracowników, którzy uzyskali kwalifikacje sfinansowane im z publicznych pieniędzy, predysponował ich do odbycia kursu. Pracownicy w ramach realizacji obowiązków, oceniają programy prób w locie i programy lotu próbnego, a także analizują charakterystyki, w tym organizacji kompleksowej zdatności do lotu w zakresie lotów próbnych po obsłudze, zatwierdzanie warunków lotu w celu wydania zezwolenia na lot czy oceny projektów instrukcji użytkowania w locie.

Konflikt interesów i współpraca ze słynną szkołą

Z uzasadnieniem wydania ponad 310 tys. zł na kurs czterech pracowników ULC nie zgadzają się osoby ze środowiska lotniczego, które zgłosił się do redakcji z informacją o tej praktyce. Mówią, że wyszkoleni urzędnicy pracują zza biurka i od lat pracują bez tych uprawnień. Wskazują, że to nie ULC organizuje loty doświadczalne, a producent, więc urzędnicy sfinansowane im uprawnienia za publiczne pieniądze mogą wykorzystać tylko w czasie prywatnym. Tak jak miało to miejsce w przypadku 46-latka, który rozbił Dianę.

Na jaw wyszła jeszcze jedna skandaliczna okoliczność. 46-latek od lat pracował w ULC, a od niedawna na umowę zlecenie w Lotniczej Akademii Wojskowej w Dęblinie, gdzie brał udział w audytach okresowych wykonywanych przez... ULC. Pilot zajmował w ULC stanowisko w Inspektoracie Nadzoru nad Zapewnieniem Ciągłej Zdatności do Lotu Statków Powietrznych Lotnictwa Ogólnego (LTT-2), a w LAW w Dęblinie monitorował zgodność techniki lotniczej w organizacji obsługowej Akademickiego Centrum Szkolenia Lotniczego, która jest kontrolowana przez... LTT-2, czyli tych samych inspektorów, z którymi pracował w ULC.

- Koledzy z tego samego inspektoratu w ULC, gdzie pracował na co dzień, przyjeżdżali do niego na audyty do Dęblina, gdzie pojawia się dorywczo - mówi nam osoba znająca kulisy sprawy. Zdaniem innej osoby ze środowiska lotniczego, w takiej sytuacji nie ma możliwości zachowania bezstronności, bo w inspektoracie pracuje ok. 25 osób i wszyscy się znają. To kolejny konflikt interesów i patologia, tak jak wykonywane przez 46-latka loty w celu certyfikacji szybowców w czasie prywatnym, w sytuacji gdy proces nadzorował ULC.

Bartłomiej Kawalec
[email protected]