Dwie przecznice od Kiepury. Niezwykłe losy skromnej seniorki, która wciąż ma siłę by nieść dobro
Maria Łaskawiec przyjmuje nas w pachnących czystością salkach parafialnego klubu seniora w Cygańskim Lesie. Nie byłoby tego miejsca bez jej zaangażowania i pasji. Podczas rozmowy co chwila rozlega się dzwonek telefonu. Dzwonią koleżanki i koledzy z klubu, by jej pogratulować i zapisać się na sobotnie spotkanie przy pizzy.
Pani Maria kilka dni przed rozmową z naszą redakcją odebrała nagrodę z rąk prezydenta Bielska-Białej dla zwycięzcy dorocznego plebiscytu o tytuł Aktywnego Seniora i postanowiła ją przeznaczyć na poczęstunek dla swych podopiecznych. Mimo 87 lat z jej twarzy nie schodzi uśmiech, nie widać na niej zmęczenia. Trudno się domyślić, jak gorzkie było nieraz jej życie.
Ojca zabrało i torturowało gestapo
Nasza bohaterka urodziła się w Sosnowcu. Jako jedynaczka była oczkiem w głowie rodziców - Antoniego i Stanisławy Szczałbów. Ojciec pracował jako majster w fabryce kotłów, późniejszym FAKOP-ie. - Powodziło nam się dobrze, więc mama mogła się skupić na prowadzeniu domu. Mieszkaliśmy przy ul. Suchej na Pogoni. Dwie przecznice dalej urodził się Jan Kiepura - wspomina swoje najwcześniejsze lata.
Rodzice oszczędzali na własny dom. Wybuchła jednak wojna i Antoniego wzięli do wojska. Bił się pod Kielcami, trafił do niewoli, a po powrocie zwierzył się komuś nieopatrznie, że przed kapitulacją zakopali z kolegami broń w lesie. Pech chciał, że tę rozmowę słyszał szpicel i ojca zabrało gestapo. Tam był przesłuchiwany i bity. Kiedy go wypuścili, był cieniem samego siebie, miał pęknięte płuco i problemy z oddychaniem. Po tych przejściach podupadł na zdrowiu i nigdy już nie odzyskał pełni sił.
Po wyzwoleniu Antoni Szczałba został ze względów zdrowotnych przeniesiony na podrzędne stanowisko i warunki życia rodziny znacznie się pogorszyły. Jedynaczka stała się wówczas jedyną pociechą dla rodziców, uczyła się dobrze, zdała do liceum. Snuła plany, by po maturze pójść na prawo. Przekreślił je nieszczęśliwy wypadek ojca. Wskutek napromieniowania, któremu uległ podczas prac pomiarowych w zakładzie, Antoni Szczałba doznał uszkodzenia szpiku kostnego. Trafił do kliniki Zabrzu, gdzie przez dwa lata walczył o życie.
- Żeby go ratować, sprzedawałyśmy z domu wszystko, co miało jakąś wartość: meble, futra, biżuterię. Byle zdobyć pieniądze na lekarstwa i życiodajny szpik - opowiada ze wzruszeniem. W tym czasie Stanisława Szczałba podejmowała się prac dorywczych: prasowała, prała koszule po domach. Doszło do tego, że nie było ich już stać na bilety autobusowe.
W dziurawych butach na pogrzeb
W listopadzie 1954 roku dostały wiadomość, że mają pilnie przyjeżdżać do kliniki, bo stan Antoniego bardzo się pogorszył. Kiedy dotarły na miejsce, ojciec zdążył jeszcze tylko uścisnąć rękę córki i umarł. Żyły wówczas w takiej nędzy, że na pogrzeb Maria poszła w dziurawych butach. Śmierć taty wywołała u niej głęboki uraz. Za parę miesięcy matura, tymczasem ona nie była w stanie się otrząsnąć, zebrać myśli. Teraz mama martwiła się bardziej o nią, niż z powodu utraty męża.
Na szczęście z pomocą pośpieszyli nauczyciele i koledzy ze szkolnej ławy. Dzięki codziennemu wsparciu z ich strony nasza bohaterka powoli doszła do siebie i w maju z powodzeniem przystąpiła do egzaminu dojrzałości. O studiach jednak nie mogło być mowy. Aby ulżyć matce, musiała iść do pracy. Pomocną dłoń wyciągnęli wówczas dawni koledzy ojca. Załatwili jej posadę w biurze głównego technologa FAKOP-u, gdzie rozpoczęła pracę w dziale rachunkowości. Otoczono ją tam czułą opieką. Szczególną troskę okazywał inż. Radzik, przełożony, Żyd ocalony z Holocaustu przez polską rodzinę.
- Był wspaniałym szefem - przybliża z czułością. - Zdarzało mi się zasnąć za biurkiem, kiedy już byłam w ciąży i czułam się gorzej. Nie pozwalał mnie budzić, tłumacząc, że wszystko nadrobię, jak się wyśpię - uśmiecha się pani Maria, dodając jednak ze smutkiem, że później, w latach nagonki antysemickiej, inż. Radzik został zmuszony do wyjazdu z kraju.
Z Będzina do Bielska-Białej
W wieku 20 lat Maria Łaskawiec wyszła za mąż za chłopaka z sąsiedztwa, z którym znała się od dziecka. Ponieważ rodzina miała się powiększyć, małżonkowie przeprowadzili się do Będzina, gdzie akurat trafiła się okazja kupna domu. Maria dostała tam pracę głównego specjalisty w Zarządzie Budynków Mieszkalnych. Było to w tamtych czasach ważne i odpowiedzialne stanowisko, więc dyrekcja od początku wywierała presję, by zapisała się do partii. Z rozbawieniem wspomina dziś sposoby, do których się uciekała, aby się od tego wykręcić: ginęła jej nagle deklaracja partyjna, na przeszkodzie stawał pilny wyjazd lub choroba. - Te ciągłe nagabywania i moje uniki trwały do końca, to znaczy do rozwiązania partii - żartuje nasza bohaterka.
W Będzinie mieszkała ponad 20 lat, prowadziła dom, wychowywała dzieci: dwójkę, bo w osiem lat po pierworodnym przyszła na świat Kasia. Stamtąd syn wyjechał na studia, a potem założył własną rodzinę. - Mieszka dziś na Pogorii, w Dąbrowie Górniczej - przybliża pani Maria.
W roku 1980 roku zdecydowała się przenieść do Bielska-Białej. - Jedną z przyczyn były zalecenia lekarzy. Kasia zaczęła cierpieć na alergię i doradzono nam zmianę klimatu - tłumaczy powody ówczesnej decyzji. Kupili więc duży, niewykończony dom w Mikuszowicach Śląskich, ale zanim w nim zamieszkali musieli pokonać wiele trudności. - W stanie wojennym ciężko było o cokolwiek - przypomina. Towarzyszył jej też niepokój o syna, który brał udział w strajkach studenckich i długo nie miała od niego żadnych wieści.
Później przyszły jednak lepsze czasy. Otworzyli z partnerem dobrze prosperujący zakład kaletniczy, dzięki któremu mogła zapewnić dostatnie życie rodzinie. Do dziś rodzina jest u pani Marii na pierwszym miejscu. O najbliższych wyraża się z czułością. - Córka wybudowała się w Wilkowicach. Jest z wykształcenia anglistką i uczy w szkole - przybliża. Szczególnie bliscy dla niej są wnuczka i wnuk. Obojgu dobrze się powodzi. Wnuk skończył Akademię Ekonomiczną w Katowicach, ma dobrą pracę i własne mieszkanie. Wnuczka studiowała na Uniwersytecie Warszawskim i SGH, pracuje i mieszka w Warszawie, a dwa lata temu wyszła za mąż.
Dom zamieniła na mieszkanko
Mimo częstych kontaktów z rodziną, od śmierci 10 lat temu Zygmunta, najbliższego jej człowieka i towarzysza życia, nasza bohaterka została w Bielsku-Białej sama. Na domiar złego wkrótce odszedł także ich wierny pies. - Trudno mi było utrzymać tak duży budynek, ogrzać siedem pokoi - przyznaje. - Trzeba było odśnieżyć, zrzucić śnieg z dachu, porąbać drewno do kominka - wylicza. Pani Maria poczuła się nagle obca we własnym domu, więc po trzech latach sprzedała go i kupiła sobie małe mieszkanko przy ulicy Bystrzańskiej. Przy remoncie pomagał syn. - Czuję się teraz szczęśliwa - zapewnia nasza bohaterka.
Od tamtego czasu datują się też jej kontakty ze środowiskiem seniorskim. Pani Maria, jak chętnie podkreśla, nie lubi bezczynności i zawsze szuka sposobu, by wypełnić sobie czas. Pierwsze kroki skierowała więc do klubu seniora przy Katolickim Domu Opieki „Józefów”, który znajdował się blisko jej starego domu. - Zapisałam się na wykłady historyczne, bo zawsze interesowała mnie historia - wspomina.
Dzięki poznanym w „Józefowie” ludziom, z których wymienia kierowniczkę Bożenę Siudę, zaczęła się stopniowo angażować w działania na rzecz potrzebujących. Brała udział w wielu akcjach, mi.in. przez trzy lata gotowała wraz z Siostrami Notre Dame zupę dla biednych. Wolontariusze spotykali się co niedziela w salce naprzeciw katedry św. Mikołaja, by wspólnie obierać jarzyny, kroić chleb i piec ciasta. - Oprócz zupy były kanapki, słodycze i ciepłe napoje, a posiłki wydawano zawsze po południu na skwerku za Ratuszem.
Najmłodszy klub seniora
W maju 2023 roku z jej inicjatywy powstał parafialny klub seniora w Cygańskim Lesie, najmłodszy w Bielsku-Białej. Stało się to, jak sama przyznaje, trochę przez przypadek. - Na jednym z zebrań wstałam i powiedziałam, że taki klub mógłby działać u nas. Proboszcz się zgodził i poprosił, żebym się tym zajęła - mówi. Naszej bohaterki nie trzeba było długo zachęcać. Od początku zaangażowała się z wielkim oddaniem. Pomogli jej księża, którzy przyczynili się do nagłośnienia inicjatywy.
Dzięki jej pomysłowości udało się włączyć w działalność klubu licznych wolontariuszy. Co tydzień prowadzą oni atrakcyjne zajęcia dla seniorów. - Są to m.in. znany fizjoterapeuta Marcin Lis i propagator historii lokalnej Stanisław Biłka - wylicza pani Maria. W ramach klubu odbywają się również spotkania integracyjne, wycieczki i występy artystyczne. Obecnie klub seniora przy parafii NMP Królowej Świata w Cygańskim Lesie liczy 30 aktywnych członków. - Ale wciąż dołączają nowi - zastrzega z satysfakcją nasza bohaterka.
Maciej Chrobak
[email protected]
Oceń artykuł:
49 2