W sercu miasta działa tajemnicza manufaktura. Tu matki i żony plotą sieci ratunku dla frontu
Niewielu bielszczan zdaje sobie sprawę, że w ich mieście jest takie miejsce. W samym centrum, dwa kroki od placu Chrobrego, codziennie wre praca, w którą ukraińskie kobiety wkładają całe swoje serce. Wykonują ją przeważnie wieczorami, w wolnym czasie, bez wynagrodzenia, po to, by choć trochę ulżyć walczącym mężom, braciom i synom…
Z krosien improwizowanego warsztatu codziennie schodzą dziesiątki metrów siatki maskującej, wyplatanej z wprawą przez pracujące tu kobiety. Spotykają się codziennie, od kilku lat. Skład się zmienia: przychodzą, kiedy tylko czas pozwala. Podczas naszej wizyty zastajemy przy pracy cztery miłe, starsze panie: Tatianę z Orichiwa na Zaporożu, Antoninę z Donbasu i dwie Zenaidy, jedną z Kijowa, drugą z Krzywego Rogu. Chwilę czekamy na Natalię, młodszą od nich, która opowie nam o początkach manufaktury, bo tak określają to miejsce. Nikt nie zrobi tego lepiej, bo to od niej właśnie wszystko się zaczęło…
Osobista tragedia
Wybuch wojny w 2022 r. było osobistą tragedią Natalii, której ojciec był Ukraińcem, a mama Rosjanką z Krasnojarska. Rodzice poznali się na Syberii, gdzie zesłano jej ojca. Trafił tam w 1947 r. wraz babcią Natalii, ciotką i całą resztą rodziny, która po przyłączeniu dawnych Kresów Wschodnich do ZSRR padła ofiarą stalinowskich represji. Były one wymierzone w ludność ukraińską, szczególnie w jej zamożniejsze i patriotyczne kręgi. W ich przypadku winą było to, że za Polski dziadek Natalii pełnił urząd sołtysa i miał duże gospodarstwo. Gdy przyszła nowa władza okrzyknięto go więc kułakiem i wsadzono do więzienia.

Na Syberii urodziła się jej starsza siostra. Po odwilży rodzice wrócili w rodzinne strony ojca, do Borszczowa w obwodzie taropolskim. Tatiana z czułością wspomina dzieciństwo w rodzinnym domu, który wypełniała aura szczęścia i miłości. Gdy dorosła i założyła własną rodzinę, postanowili z mężem zostać w Borszczowie. Prowadzili tu gospodarstwo pasieczne, które długo zapewniało im spokojny byt.
Decyzję o wyjeździe do Polski podjęli jeszcze przed wybuchem wojny, latem 2021 r. Powodem było dotkliwe pogorszenie się sytuacji materialnej rodziny w okresie pandemii. W Polsce mieszkał już i pracował ich najstarszy syn, absolwent Uniwersytetu Andrzeja Frycza Modrzewskiego w Krakowie. Przyjechali pod koniec sierpnia 2021 r., tak aby dwójka młodszych dzieci, 15-letni syn i 12-letnia córka, mogła pójść od 1 września do polskiej szkoły.
Po śmierci rodziców, na Ukrainie została tylko niepełnosprawna siostra, która przebywała w jednym z zakładów opiekuńczych. Później jednak Natalia także ją sprowadziła do siebie. Siostra pisała bowiem, że od wybuchu wojny nie ma prądu ani ogrzewania. Obecnie siostra Natalii mieszka w domu opieki we Włodawie.
Trzeba zacząć działać
Latem 2021 r. sytuacja międzynarodowa wyraźnie się zaogniała, ale nikt na Ukrainie nie wierzył jeszcze, że dojdzie do wojny na pełną skalę. Konflikt tlił się przecież nieprzerwanie od 2014 r., czyli od zajęcia przez Rosję Krymu i części Donbasu. Spodziewano się więc raczej lokalnych eskalacji. W grudniu Natalia zdążyła jeszcze wrócić sama na parę tygodni do Borszczowa, żeby dokończyć likwidację pasieki. Dwa miesiące później rozpoczęła się rosyjska agresja.
Wybuch wojny był dla niej szokiem, z którego początkowo nie mogła się otrząsnąć. Po paru miesiącach stwierdziła jednak, że zamiast się biernie przyglądać trzeba zacząć działać. Kiedy więc tylko dotarły do niej sygnały, że chłopcom na froncie brakuje świec okopowych, postanowiła własnym sumptem zorganizować ich produkcję w Bielsku-Białej.
Inicjatywa trafiła na podatny grunt w środowisku uchodźców ukraińskich w Bielsku-Białej. Na apel Natalii odpowiedziało wiele osób, głównie kobiet, mężczyźni pozostali bowiem na ogół w kraju. Z czasem włączyli się także wolontariusze z Polski. Wśród tych ostatnich szczególnie wyróżniali się zaangażowaniem: była eurodeputowana Grażyna Staniszewska, radny poprzedniej kadencji Szczepan Wojtasik i Ewa Szymanek-Płaska, nieżyjąca już naczelnik Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej.
Tak powstała manufaktura, jak ją nazywały Natalia z koleżankami, która od kilku lat nieprzerwanie wspiera walczących na froncie ukraińskich żołnierzy, produkując dla nich chałupniczym sposobem świece okopowe, a następnie siatki maskujące. W swoich początkach manufaktura miała siedzibę w Straconce, gdzie przy pracy spotykało się codziennie 30-40 pań. Pracowały od rana do nocy, trzeba było bowiem produkować dużo i szybko. Efekt był imponujący. W bielskiej manufakturze powstało dzięki ofiarności ukraińskich kobiet 20 tys. świec okopowych. Niewiele więcej wytwarzali wówczas komercyjni producenci.

Bardzo pomogli w tamtym czasie Polacy. Ewa Szymanek-Płaska zainicjowała akcję w szkołach, w ramach której uczniowie zbierali kartony, puszki, parafinę i inne artykuły potrzebne do produkcji świec. Szczepan Wojtasik pozyskiwał świece wprost z bielskich parafii. Inni przywozili ciepłe posiłki. Dzięki Grażynie Staniszewskiej udało się przenieść do nowego lokalu, gdzie warunki okazały się bardziej komfortowe, i w którym manufaktura działa do dziś. To wsparcie było niezwykle cenne, podkreślają panie z manufaktury, zwłaszcza na początku i są za nie bardzo wdzięczne. Obecnie jednak nie chcą już wyciągać ręki po pomoc i starają się być samodzielne.
Pozdrowienia z okopów
Transportem świec zajmowała się w tamtym czasie osobiście Natalia. Organizowała busy i kierowców, z którymi zawoziła ładunek do Buczy. Tam czekali już wysłannicy z frontu, którzy własnymi samochodami dostarczali pomoc wprost do okopów. Teraz dociera ona na miejsce za pośrednictwem firm kurierskich, bezpośrednio do wybranych jednostek. Żołnierze z tych oddziałów utrzymują stały kontakt z paniami z bielskiej manufaktury. Wysyłają im z frontu pozdrowienia oraz zdjęcia i filmy, świadczące, jak ważna jest dla nich ta pomoc. Niedawno przysłali zdjęcie drona, który nie wpadł do okopu i nie wybuchł, tylko dlatego, że zaplątał się w wyprodukowaną w Bielsku siatkę maskującą.
Kontakt z wojskowymi w Buczy właśnie sprawił, że Natalia postanowiła przestawić działalność bielskiej manufaktury na inne tory. Świece z czasem nie były już tak potrzebne, natomiast zaczęło gwałtownie brakować siatek maskujących. Ukraiński przemysł nie był w stanie dostarczyć ich na front w wystarczającej ilości. Natalia dowiedziała się, jak się je wytwarza i co jest do tego potrzebne. Od tego czasu manufaktura zajmuje się wyłącznie ich produkcją.
W materiały do produkcji siatek panie zaopatrują się w Polsce, w sklepach ogrodniczych. Kupują duże rolki agrowłókniny w kolorach nadających na kamuflaż, następnie tną ją na wąskie wstążki. W ten sam sposób cięte są śpiwory wojskowe w kolorze ciemnej zieleni, które manufaktura zamawia u wyspecjalizowanych dostawców. Mocną siatkę, stanowiącą rodzaj kanwy, w którą wplata się skrawki tkanin, sprowadzają z Ukrainy, gdzie mimo cła, jest ona wciąż tańsza niż w Polsce.
Zdobywając środki na zakup niezbędnych materiałów panie wykazują się przedsiębiorczością. W tym celu sprzedają ciasta, pierogi i inne specjały własnego wyrobu. Jeżeli nadal brakuje pieniędzy, zawsze mogą liczyć na ofiarność społeczności ukraińskiej w Bielsku-Białej. Wszystkie deklarują, że będą pracować tak długo, jak będzie trzeba. Wierzą w zwycięstwo i w to, że pomagając swym chłopcom, pomagają też Polsce.
Uważają, że Putin nie zadowoli się Ukrainą i pójdzie dalej na zachód. Zgodnie podkreślają, że największym ich marzeniem jest pokój i możliwość powrotu do ojczyzny. Natalia tonuje jednak trochę te nadzieje, jej zdaniem jest mało prawdopodobne, że Ukrainie uda się przetrwać, bez większej pomocy ze strony świata.
Maciej Chrobak
[email protected]
Oceń artykuł:
85 49