Pan Stanisław dołączył do grona stulatków. Do Bielska-Białej trafił z przydziałem pracy - foto
We wtorek setne urodziny świętował Stanisław Srock, który do Bielska-Białej trafił na początku lat 50. wraz z ukochaną żoną Krystyną. W naszym mieście otrzymali przydział pracy, a po dwóch latach doczekali się jedynego syna - Andrzeja.
Jubilata odwiedziła delegacja na czele z wiceprzewodniczącym Rady Miejskiej radnym Karolem Markowskim. Były kwiaty, życzenia i nagroda od samorządu. Stanisław Srock. Jubilat na początku spotkania zapytany o zdrowie z uśmiechem odpowiedział: Dziękuję, coraz lepsze! Jubilat przygotował swój życiorys.
Stanisław Srock urodził się 2 września 1925 roku w Janowie, które dziś nosi nazwę Rumia, w skromnej kaszubskiej rodzinie. - Było nas dziewięcioro rodzeństwa, w domu się nie przelewało - wspomina.
Mając 10 lat zakradł się do spiżarni i zamiast napić się soku wiśniowego, wypił lizol paląc sobie cały przełyk oraz ¾ żołądka. - Sensacja była taka, że aż gazety pisały o tym wypadku - dodaje. Nim ukończył 14. rok życia wybuchła wojna, która zakończyła beztroskie dzieciństwo. Na początku lat 40. ukończył dwa lata niemieckiej szkoły rolniczej, a po powrocie z niewoli wiosną 1946 roku podjął pracę w małej fabryce w Rumii.
Po trzech latach fabrykę zlikwidowano, ale pan Stanisław otrzymał skierowanie do dwuletniego Państwowego Technikum Włókienniczego dla Robotników Wysuniętych w Łodzi. Tam znalazł też miłość swojego życia - Krysię, z którą spędziłem siedemdziesiąt szczęśliwych lat. - Po złożonych pomyślnie w lutym 1952 roku egzaminach końcowych dostaliśmy z Krysią nakazy pracy niemal na dwóch krańcach Polski: ja do Zielonej Góry jako racjonalizator, Krysia do Sosnowca. Nie zniechęciło to nas. Ślub wzięliśmy w październiku 1952 roku i po wielu staraniach uzyskaliśmy przydziały pracy do Bielska-Białej - wspomina.
- Początkowo mieszkaliśmy oddzielnie w zbiorowych sypialniach dla pracowników zamiejscowych. Czasem wynikały z tego zabawne sytuacje: jak to tajna milicja zrewidowała na środku ulicy niesioną przez żonę walizkę z brudnym praniem, szukając skradzionej wełny. Jakież było nasze szczęście gdy przydzielono nam jeden wspólny pokój na mieszkanie. Cały nasz majątek stanowiła jedna walizka moja i druga Krysi.
- Po pracy na państwowej posadzie wynajmowałem się do różnych prac fizycznych, żeby zdobyć środki na zagospodarowanie. Dzięki oszczędnościom, pożyczkom i wielu wyrzeczeniom powoli jakoś urządziliśmy nasze gniazdko. Wiosną 1954 roku doczekaliśmy się naszego pierwszego i jedynego dziecka - syna Andrzeja.
Pan Stanisław w Bielsku-Białej pracował w Wedze, a pod koniec lat 60. został skierowany do pracy w Befamie, w której pracował do 1984 roku, gdy przeszedł na emeryturę. - Moją dewizą życiową jest: Módl się i pracuj, a Pan Bóg ci pobłogosławi. Zostałem wynagrodzony długim dobrym życiem. Syna wykształciłem na inżyniera, mam piękną i mądrą wnuczkę oraz prawie dorosłych dwóch wspaniałych prawnuków.
bb
Oceń artykuł:
43 0