Poznali się poprzez media społecznościowe i szybko połączyła ich chęć bezinteresownego pomagania. Przebrani za bajkowe postacie zaczęli odwiedzać ciężko chore dzieci w szpitalach czy podopiecznych placówek opiekuńczych, potocznie nazywanymi domami dziecka. Pomagają im pierwsi sponsorzy, którzy ufundowali rekwizyty czy słodki poczęstunek na jedną z akcji. Nam udało się porozmawiać z inicjatorami akcji, która z Bielska-Białej chce ruszać w całą Polskę. 

To oddolna inicjatywa, która w kilka tygodni po cichym starcie zamieniła się w żywą falę dobroci. Grupa mieszkańców miasta działających wyłącznie z potrzeby serca przebiera się za postaci z bajek i superbohaterów i rusza z misją by nieść radość dzieciom przebywającym w miejscach, gdzie często brakuje uśmiechu. Nazwali się BBumerang - Grupą Niosącą Dobro, a jej członkowie odtwarzają choreografie taneczne, puszczają bańki mydlane, wręczają drobne upominki i dzielą się szczerym uśmiechem.

Odwiedzili bielski dom dziecka

Poznali się w internecie, mają jeden cel - dawać dzieciom radość. Ponad 20 osób w przebraniach postaci z bajek planuje cyklicznie odwiedzać m.in. szpitalne oddziały onkologiczne, by na twarzach przebywających tam dzieci zagościł uśmiech. Grupa ćwiczy układy taneczne i dobiera stroje. Mają już za sobą pierwsze występy - w piątek odwiedzili Placówki Opiekuńczo-Wychowawcze nr 3 i 4 w Bielsku-Białej.

Na miejscu były tańce, zabawy, bańki mydlane, a także symboliczne wypuszczenie w niebo balona w kształcie serca. Nie zabrakłoprzekąsek - pączków od lokalnej cukierni - i drobnych prezentów.

Inicjatorem całej akcji jest Przemek, który przebiera się za postać Batmana. Nie chce rozgłosu, dlatego prosi nas, by nie podpisywać go nazwiskiem. Pytamy go, skąd pomysł na takie przedsięwzięcie?

Zaczęło się od postów na różnych grupach

- Tych powodów chyba było wiele. Jednym z nich na pewno były akcje charytatywne, które kiedyś już były organizowane przeze mnie z ekipą znajomych. To akurat był taki fanklub motoryzacyjny starych samochodów. Jeździliśmy do domu dziecka. Po drodze, w ostatnich latach miałem okazję być na oddziale onkologicznym w szpitalu. Jak zobaczyłem te dzieciaki, to bardzo to „odchorowałem”. Kolejnym powodem jest moja córka, której też chciałem coś fajnego pokazać. Że można zrobić coś dobrego dla innych - mówi.

- Długo się zastanawiałem w ogóle, w jaki sposób to stworzyć. Czasy mamy dziwne, że bałem się zarzutów, że robimy coś dla „fejmu”. Stąd też m.in. wziął się pomysł, żeby występować w strojach. Głównym celem tej całej naszej akcji jest niesienie uśmiechów dla dzieciaków, które są w potrzebie, które są chore, które na co dzień mają dużo smutków. Chodzi tylko i wyłącznie o to, żeby im sprawić troszkę frajdy - zaznacza.

Jak dodaje, długo wahał się też czy w ogóle post gdzieś zamieszczać. - Na „Spotted Bielsko-Biała” nie chcieli mi tego zamieścić. Ze dwa tygodnie myślałem, jak to wszystko ugryźć. Wrzuciłem to na „Spotted Czechowice”. Tam to zaiskrzyło, bo od razu mi ten post udostępnili. Dlatego w naszej grupie mamy część osób z Czechowic-Dziedzic - mówi. Akcją zainteresowały się nawet bielskie gwiazdy Alien i Majtis. 

 

Post skomentowało wiele osób, wkrótce podobny pojawił się na innej grupie. Na pierwsze spotkanie przyszło ok. 50 osób. - Byłem zdziwiony - mówi. - Zostało nas na chwilę obecną 30 osób. Niektórzy pracują na niższych szczeblach, inni na wyższych. Ludzie, którzy mają swoje działalności gospodarcze. Każdy jest z zupełnie innego środowiska. Nikt z tych ludzi się nie znał wcześniej. Każdym kieruje jeden cel, żeby coś dobrego. Nie chcemy z tego mieć żadnych korzyści. Angażujemy swój czas i swoje pieniądze - dodaje.

Są z różnych środowisk, ale mają jeden cel

Najbliższe występy planują w szpitalach w Katowicach i Zabrzu. Chcieliby cyklicznie występować w całej Polsce. - Mamy otwarte drzwi do kilku placówek. Jesteśmy po rozmowach z zarządami i koordynatorami tych miejsc. Dopinamy tylko teraz terminy. Są zainteresowani, bardzo chętni na nasze akcje. Cieszymy się, bo obdarzyli nas dużym zaufaniem. Zamysł był taki, żeby celować w szpitale onkologiczne. Żeby typowo jeździć do tych dzieciaków, które są w tej najgorszej chyba możliwej zdrowotnej sytuacji - słyszymy.

W piątek odwiedzili dom dziecka - ponad 20 osób przebrało się za Batmana, Minionka, Królewnę Śnieżkę, Pikachu, Myszkę Miki czy Smerfetkę. Wzięli tego dnia urlopy w pracy, żeby odwiedzić dzieci. - Pani dyrektor mówiła, że udało nam się do zabawy porwać dzieciaki, które się na innych wydarzeniach w ogóle nie bawią. A z nami się wszystkie bawiły świetnie. Uśmiechy nie schodziły z buzi - mówi Przemek.

- Dzieci na początku były zdziwione. Do końca to było niespodzianką. Tylko dyrekcja i wychowawcy wiedzieli, co się wydarzy. Staliśmy ukryci w tych strojach za choinką. Rozstawiliśmy cały nasz sprzęt. Chcieliśmy, żeby towarzyszyły nam bańki mydlane, bo bańki mydlane lubią wszyscy. Rozstawiliśmy wytwornice, głośnik. Maluchy się cieszyły, od razu miały radochę. Te starsze patrzyły nieufnie trochę co się dzieje. Ale za chwilę się już rozkręciło, jak zobaczyli, że zaczynamy tańczyć, to już je porwało po prostu - dodaje.

Pojawiają się pierwsi sponsorzy

Przygotowania do pierwszego występu trwały ponad trzy tygodnie od zamieszczenia postu w mediach społecznościowych. Było spotkanie organizacyjne i dwa treningi. Później odezwało się kilka firm.

- Zaproponowali, że może coś tam kupimy dla was, albo dla dzieciaków. Stwierdziliśmy - dobra, jak są firmy same chętne, no to, czemu z tego nie skorzystać, jak możemy jeszcze coś dzieciakom zostawić po sobie jakiś upominek. Ostatnio dostaliśmy dużo kolorowanek i duży głośnik. Jesteśmy już też niezależni w sumie. Mamy swój mikrofon, mamy wytwornice baniek mydlanych, przetwornice do samochodu, żeby to podpiąć mobilnie, a nie szukać już prądu, gdzieś tam pod szpitalami w których działamy - tłumaczy Przemek.

 

Kim są osoby, które zdecydowały się na tę ciekawą i niecodzienną akcję? - Osoby w naszej grupie mają od 5 lat, to nasze dzieci. Górnej granicy wieku nie ma. Jest rozstrzał bardzo duży. Staramy się spotykać co tydzień. W zależności od możliwości, bo wiadomo, każdy pracuje, każdy ma swoje życie prywatne. Nie zawsze jest to łatwo spiąć. Ćwiczymy na sali od zaprzyjaźnionych instruktorów z naszej grupy - słyszymy.

Angażują w projekt swoje dzieci

- Ja od wielu lat jestem wolontariuszem fundacji onkologicznej. Robię to pro bono. Z potrzeby serca tak naprawdę. Więc jak trafiłam na post Przemka, stwierdziłam - super. Chciałam poznać jego autora i ludzi, którzy odpowiedzieli w komentarzach - mówi nam Marcelina. Na początku ludzie mają ogromny entuzjazm, bardzo chcą pomagać. I ja to cenię i chwalę. Natomiast tej energii później i jakby w zderzeniu z pacjentem onkologicznym nagle okazuje się, że zaczyna brakować. Trafiamy na swoje własne lęki i blokady. Jesteśmy świadomi, że ludzie mogą przyjść i powiedzieć - sorry, nie dam rady. My nie skreślamy nikogo.

- Byłam pod dużym wrażeniem, jak zobaczyłam ilość osób, którą udało się Przemkowi zebrać. Sama w zeszłym roku organizowałam podobną akcję połączoną z piknikiem charytatywnym. Nie ukrywam, że trudno coś takiego zrobić. My to robimy i jeżeli trzeba pokryć koszty, to każdy z nas się z tym liczy - dodaje.

- Jeżeli wyjdziemy, zatańczymy i wrócimy za jakiś czas, a jakiekolwiek dziecko wyzdrowieje, i być może zatańczy z nami, to będzie dla nas największa nagroda. Poziom wyleczalności nowotworów w Polsce jest bardzo duży, ale mamy świadomość tego, że dla części tych dzieci to może być ostatni uśmiech w ich życiu. Angażujemy w ten projekt nasze dzieci, żeby uczyć empati i widziały, że warto - wtrąca się Przemek.

Grupa jest po rozmowach ze Szpitalem Pediatrycznym w Bielsku-Białej. - Będziemy tam mogli wystąpić na jesieni. Obecnie trwa remont na terenie szpitala i jest bardzo mało pacjentów na oddziale, co akurat bardzo cieszy. Już też mamy w sumie plan na kolejną akcję dla domu dziecka, bo już ostatnio „wyczailiśmy”, co tam dzieciakom się podoba, co lubią robić. W lipcu jeszcze chcemy wystąpić na Śląsku - słyszymy.

Szukają firmy zapewniającej transport

Z tym wiążą się pewne problemy, dlatego występy będą organizowane przed budynkiem. - Nie chcemy ingerować w to życie szpitalne i narażać tych dzieciaków, dlatego nie wchodzimy do środka. Dzieci są gromadzone przy oknach z jednej strony. My tam dla nich występujemy i zostawiamy jakieś upominki po sobie. W Katowicach będziemy występować na lądowisku dla helikopterów. Cały ten nasz pokaz trwa około 7-10 minut. Bo takie mamy układy taneczne. Dla personelu to też jest duże wyzwanie - słyszymy.

- Na ten moment poszukujemy przewoźnika, który dysponuje autokarem i który chciałby nam go użyczyć na akcję. Wsiądziemy w swoje samochody, pojedziemy. , ale to utrudnia pracę całego zespołu. Ale nie ma dla nas rzeczy niemożliwych. Jak każde z tych dzieci na pięć minut zapomni o swoich problemach, z którymi się zmaga to już jest dla nas sukces. Robimy to, bo chcemy, nie dlatego, że musimy - dodaje Marcelina.

Adam Kanik
[email protected]

Zdjęcia: BBumerang