Gombrowicz powrócił do Teatru Polskiego. Publiczność oklaskiwała aktorów na stojąco - foto
W sobotę bielski Teatr Polski przedstawił ostatnią przed wakacjami premierę - „Iwonę, księżniczkę Burgunda”. To dramatopisarski debiut Witolda Gombrowicza (1904-1969), jednego z najbardziej niezwykłych, wymykających się schematom twórców środkowych lat XX wieku - filozofującego intelektualisty (krytycznego wobec marksizmu, ale też dalekiego od konserwatyzmu), ateisty, biseksualisty, świetnego szachisty i nałogowego palacza (mimo astmy, która doprowadziła go do śmierci).
Niezwykle też potoczyło się jego życie. Koszmaru wojny nie zaznał. W lipcu 1939 roku popłynął jako dziennikarz w dziewiczym rejsie transatlantyku „Chrobry” do Argentyny i pozostał w Buenos Aires na blisko ćwierć wieku. Do Europy, ale nie do Polski, wrócił w 1963 roku. Ostatnie lata życia spędził we Francji.
Jego dzieła przetłumaczono na ponad 30 języków, był bliski zdobycia literackiej Nagrody Nobla. Tymczasem w komunistycznej Polsce tępiono go, bo nie był entuzjastą naszego powojennego ustroju i współpracował z radiem Wolna Europa. „Iwona, księżniczka Burgunda”, jego pierwsze dzieło napisane z myślą o scenie, też łatwo nie miało. Powstało w roku 1935, trzy lata później opublikował je miesięcznik „Skamander”, a prapremierę miało dopiero w roku 1957, na fali politycznej odwilży po Październiku `56. Obecnie jest najbardziej popularnym w świecie dramatem Gombrowicza. Doczekało się nawet trzech wersji operowych.
Na bielskiej scenie „Iwona, księżniczka Burgunda” pojawiła się po raz pierwszy w roku 2003 z Anną Guzik w roli tytułowej. Do przygotowania obecnej inscenizacji zaproszono grupę młodych, kreatywnych twórców, na czele z cenioną reżyserką Leną Frankiewicz, także aktorką znaną z licznych seriali, a nawet... pianistką.
„Iwona...” to historia niezbyt urodziwej, zamkniętej w sobie, milczącej dziewczyny (inspiracją była siostra Gombrowicza), którą dla kaprysu chce poślubić Książę Filip, następca tronu w nieokreślonym królestwie. Wprowadza ją na dwór pełen groteskowych postaci niewolniczo podporządkowanych konwenansom. Siermiężna, niewydepilowana, a przy tym tajemnicza, odporna na naciski, niepragnąca niczego (prócz miłości) dziewczyna z innej sfery zupełnie tam nie pasuje. Nie chce się podporządkować dworskim rytuałom, pozostaje niezależna.
Pojawia się więc zasadnicza dla Gombrowicza kwestia Formy, rozumianej przez niego jako zbiór zasad dotyczących myślenia, działania, wypowiadania się (dziś możemy to nazwać sposobem bycia). Pisał, że społeczeństwa nie mogą istnieć bez ustalonych form (norm), ale też widział w tym zagrożenie dla indywidualności i wolności, a obronę przed ludźmi, często pozornie uczciwymi, narzucającymi rozmaite konwencje, uczynił ważnym motywem całej swej twórczości.
Lena Frankiewicz nie zmieniając tekstu, a tylko nieco go skracając, ukazuje historię Iwony we współczesnych realiach. Nie odtwarza dworskiej etykiety, ukazuje raczej mentalność celebrytów, ludzi goniących za popularnością, sprzedających w internecie swą prywatność, ścigających się na klikalność i liczbę zdobytych lajków, bywalców salonów spa, żyjących pod presją dbania o urodę i odmładzanie ciała. Pojawienie się Iwony – w tej ważnej, choć niemal niemej roli bardzo sugestywna Anita Jancia - jest wstrząsem dla zhierarchizowanej społeczności, z błyskotliwą ironią opisanej przez Gombrowicza. Aktorstwo jest mocną stroną tego przedstawienia.
Premierowa publiczność oklaskiwała na stojąco odtwórców głównych ról - wspomnianą Anitę Jancię, Michała Czadernę (Książę Filip), Grzegorza Sikorę (Król Ignacy), Martę Gzowską-Sawicką (Królowa Małgorzata), Martę Suprun (Iza) - córkę popularnej aktorki TP Marii Suprun, Piotra Gajosa (Szambelan) i pozostałych wykonawców - Mateusz Wojtasińskiego, Grzegorza Margasa, Jagodę Krzywicką, Wiktorię Węgrzyn-Lichosyt, Flaunnettę Mafa, Sławomira Miskę i Adama Myrczka.
Kolejne atuty to scenografia Agaty Stanuli, kostiumy Krystiana Szymczaka i muzyka Stefana Wesołowskiego, którzy wykreowali na scenie rzeczywistość nieco nierzeczywistą, jak z serialu „Miasteczko Twin Peaks”. Kłująca w oczy czerwienią sceneria może kojarzyć się z Czarną Chatą z filmu Davida Lyncha - miejscem strasznym, związanym z tajemniczymi złymi siłami, gdzie wszystko jest czerwone. Imponująca jest forma gimnastyczno-taneczna wykonawców (choreografia Agnieszki Kryst), a efektowna oprawa mulimedialna Mateusza Zielińskiego sprawia, że momentami spektakl ogląda się jak seans kinowy. „Iwonę...” określa się jako sceniczną groteskę czy tragifarsę.
Lena Frankiewicz, nie stroniąc od akcentów satyrycznych i aktualnych aluzji (m.in. do Donalda Trumpa), rozegrała tę historię na poważnie. Zaakcentowała mocno, że postępowaniem ludzi, także Iwony, Filipa i jego ojca, kierują niepohamowane erotyczne żądze. A od gwałtownego pożądania tylko krok do przemocy wobec kobiet, a nawet zbrodni. Ich uczucia się nie liczą, ważna jest tylko wola czy kaprys mężczyzny. Niewygodną kobietę można unicestwić, w dworskim (celebryckim) światku dzieje się to w wyrafinowany sposób i w poczuciu bezkarności, a metoda ta przechodzi z pokolenia na pokolenie.
Dlatego reżyserka broni Iwony do ostatniej, zaskakującej sceny tego spokojnie prowadzonego, klimatycznego widowiska, rekomendowanego przez Teatr Polski dla osób powyżej 16. roku życia. Symbolem wspieranej przez ONZ międzynarodowej akcji walki z przemocą wobec kobiet jest czerwony pasek wymalowany szminką na policzku. Z takim właśnie znaczkiem Lena Frankiewicz wyszła do końcowych oklasków.
zn
Zdjęcia: Natalia Kabanow/Teatr Polski w Bielsku-Białej
Oceń artykuł:
16 2