Damian i Kuba Stawiccy przebiegli 830 kilometrów ze stolicy Podbeskidzia do Ustki! Inicjatywa braci z Bielska-Białej miała piękny cel - zbiórkę pieniądze dla Kazia z Bystrej, chorego na podstępną chorobę. Po powrocie opowiedzieli nam o wrażeniach i problemach, z którymi musieli walczyć podczas trzech tygodni wyprawy.

- Nogi bolą? Jeszcze czuć te przebiegnięte kilometry?

Kuba: Myślę, że możemy być z siebie dumni. Przed wyprawą nawet nie sądziliśmy, że tak szybko nam się uda przebiec tyle kilometrów. Liczyliśmy, że przebiegniemy 650 kilometrów, może 700, a nie 830. Jednak trasa trochę się wydłużała. Musieliśmy czasami nadrabiać kilometry do miejsca noclegu, z noclegu gdzieś indziej, a to do sklepu gdzieś w lewo dwa kilometry. I jednak ta trasa z tego powodu miała trochę więcej kilometrów.

- Nie było przez to jeszcze trudniej? Raz, że fizycznie to bardziej wymagające, a głowa pewnie też była przygotowana na te 650...

Damian: Chyba plusem było to, że nie byłem świadomy, że takie coś nas czeka. Może byłoby ciężko podjąć rękawice, gdybym wiedział, jaki dystans pokonamy i że będzie prawie 200 kilometrów dłuższy niż zakładany. Codziennie toczyliśmy wojnę, pokonywaliśmy ogromne bóle. Pierwsze trzy, cztery dni to była ogromna euforia i radość, ale też walka o to, żeby utrzymać tempo.

- Co was zaskoczyło?

Damian: Zaskoczyło to, że dużo ludzi zaangażowało się w social mediach i chcieli nam dodawać skrzydeł. I faktycznie te wiadomości dawały kopa. Na trasie nie było zbyt dużo pozytywnych rzeczy. Podróżując podczas moich rowerowych wypraw przez Hiszpanię, Włochy, miałem piękne widoki, więc się ekscytowałem.

- Czyli palmy lepsze niż polskie dęby?

Damian: Mamy piękne polskie lasy, ale przez większość trasy pogoda nam niezbyt dopisała. Było bardzo szaro i surowo. Też to gdzieś wpływa na pewno na odbiór. Szczególnie w takich małych miejscowościach, gdzie czasem naprawdę tylko psy szczekały, wybiegały na nas, próbowały nas gdzieś tam jeszcze pogonić.

aj