Od początku ferii GOPR-owcy naliczyli ponad 600 wypadków z udziałem narciarzy i snowboardzistów na stokach regionu. W większości to niegroźne zwichnięcia czy złamania. Były jednak także urazy kręgosłupa czy mózgowo-czaszkowe.

Do tragedii doszło w czwartek, 13 lutego: 48-letni narciarz z Czech, zjeżdżając czerwoną trasą z Hali Skrzyczeńskiej, wypadł z przygotowanego stoku. Jego życia nie udało się uratować. O zimie w Beskidach z Ryszardem Kurowskim, ratownikiem dyżurnym Grupy Beskidzkiej GOPR, rozmawia Artur Jarczok.

- Podczas tegorocznego zimowego okresu na stokach kilka razy potrzebna była interwencja Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Czy zdarzeń narciarskich w Beskidach jest więcej niż w latach poprzednich?

Licząc statystycznie sam okres feryjny, myślę, że wypadków nie jest jakoś zdecydowanie więcej niż co roku. Natomiast smutny jest fakt, że dość często - co też jest związane z feriami, ale wcześniej to nie występowało - wielu wypadkom na stoku ulegają nieletni. Wydaje się, że jazda bez asysty instruktora, bez jakiegoś wspomagania wcześniejszą nauką, skutkuje częstszymi wypadkami dzieci i młodzieży, które na stok wybierają się zupełnie bez żadnego przygotowania. Niestety często skutkuje to groźnymi urazami.

- Do jakich urazów na stokach dochodzi najczęściej?

To całe spektrum urazów narciarskich, od skręcenia i zwichnięcia przez złamania, aż do urazów kręgosłupa, urazów mózgowo-czaszkowych, na śmiertelnych niestety kończąc. Wszystko zależy od dynamiki momentu zdarzenia, przy jakiej to było prędkości, na jakim stoku, w jakich okolicznościach.

Więcej na ten temat pisze najnowsza „Kronika Beskidzka”, dostępna w punktach z prasą oraz w e-wydaniu.

bb