W zeszłym tygodniu w Książnicy Beskidzkiej gościł Sebastian Kawa - najwybitniejszy szybownik wszech czasów. Osiemnastokrotny mistrz świata opowiedział o pasji do latania, problemach polskiego szybownictwa i arcytrudnym przelocie nad K2, którego dokonał jako pierwszy na świecie. Teraz chce lecieć nad Antarktydą.

Sebastian Kawa urodził się w 1972 roku. Jest lekarzem ginekologiem oraz pilotem. W tej drugiej profesji jest najlepszy na świecie. Osiemnastokrotnie zdobywał złote medale, jako członek Aeroklubu Bielsko-Bialskiego przeleciał nad K-2. Jest najbardziej utytułowanym pilotem szybowcowym w historii. W listopadzie uhonorowany został - jako pierwszy Polak - Złotym Medalem Międzynarodowej Federacji Lotniczej (FAI). Tydzień temu gościł w Książnicy Beskidzkiej przy okazji promocji Kalendarza Beskidzkiego.

Skąd wzięła się pasja do latania? - Największym źródłem inspiracji był oczywiście mój tata. Co może być zaskakujące, w PRL można było zostać pilotem zupełnie za darmo, przechodząc bezpłatnie wszystkie szkolenia. Teraz decyduje się na to niewiele osób, ponieważ jest do dosyć drogie - mówił.

Rodzice wybitnego szybownika wiele lat temu zamieszkali w Międzybrodziu Żywieckim, aby być jak najbliżej Górskiej Szkoły Szybowcowej „Żar”, z którą Tomasz Kawa, ojciec Sebastiana, związał się jako instruktor.

- Ten sport jest specyficzny. W powietrzu nawet z rywalem warto współpracować, po to, żeby na przykład uciec pozostałym zawodnikom. W Pakistanie nie wiedzieli, że szybowiec jest czymś innym niż lotnia. Żeby przelecieć nad Karakorum, musieliśmy przejść przez siedem ministerstw. Zrobiliśmy, myślę, dobry klimat dla szybownictwa tam na miejscu. Pokazaliśmy im, co to jest - przekonywał Sebastian Kawa.

Mistrz zapytany został przez Jana Pichetę, autora Kalendarza Beskidzkiego o to, jak wygląda sytuacja polskiego szybownictwa. - Dalej jest to jedna z największych baz szybowcowych na świecie - mamy zarejestrowane 1100 szybowców, ale Aeroklub Polski nie ma ani jednego szybowca treningowego. Jeśli spojrzeć na rankingi to jest Kawa pierwszy, ale kolejny Polak jest 11., jeszcze kolejny 20. - mówił.

Czy prawdą jest, że szybowce produkowane w polskich zakładach były najlepsze na świecie? - „Foka” była wielokrotnie kopiowana, ale Związek Radziecki nie chciał, żeby szybownictwo w Polsce się rozwijało. Włókno szklane na pierwsze Jantary produkowane w Bielsku-Białej pochodziło z przemytu. W pewnym momencie polskie szybowce były najlepsze, ale nie było możliwości rozwoju - przyznał szybownik.

Sebastian Kawa w swojej karierze zdobył łącznie 38 różnych medali. Jednym z jego największych osiągnięć był przelot na wysokości 9600 m n.p.m. nad Annapurną. - Zaczęło mi się to trochę nudzić. Stąd pomysł, aby część poprzedniego sezonu poświęcić na wyprawę - mówi. 20 lipca 2024 roku Kawa oraz Sebastian Lampart, jako pierwsi przelecieli szybowcem nad ośmiotysięcznikiem K2. Najpierw jednak musieli pokonać 9 tys. km autostradami z szybowcem na przyczepie, zmierzyć się z łapownikami i urzędniczymi absurdami.

- Na granicy w Pakistanie mieliśmy pięć dni postoju. Nie chcieli nas wpuścić. Okazało się, że 800 euro i trochę znajomości sprawiło, że pojechaliśmy dalej. Mieliśmy trochę kłopotów przez ten przelot, ponieważ K2 leży na granicy z Chinami. Później zostaliśmy uziemieni przez motolotniarzy, którzy latali nielegalnie. Szybowiec przez dwa dni był pilnowany przez uzbrojonych żołnierzy. W Iranie z kolei zostaliśmy aresztowani, ponieważ ktoś zgłosił, że coś niebezpiecznego porusza się po drogach. Pięć dni czekaliśmy też na granicy z Turcją. Ogólnie mieliśmy kłopoty przez całą drogę, ale było warto, bo da się tam latać i warunki są wspaniałe. Na razie jednak się to nie powtórzy - wspominał wielokrotny mistrz świata.

Sebastian Kawa ma już kolejny pomysł na wyprawę. Chciałby polecieć szybowcem... nad Antarktydą. - Są tam góry, jest wiatr, jest baza lotniskowa. Potrzeba byłoby pomocy ze wszelkich stron - od Ministerstwa Spraw Zagranicznych przez sponsorów, ale myślę, że jest to wykonalne - przekonywał.

ak