„To tu połknąłem bakcyla sztuki”. Z mieszkania w kamienicy, gdzie mieszkał, został tylko pokój
- Bielsko to korzenie mojego życia, bo tu się urodziłem i tu się wychowywałem do dwunastego roku życia. Początek życia jest bardzo ważny i dla mnie rzeczywiście był bardzo istotny, bo to tutaj połknąłem bakcyla sztuki, który okazał się być bakcylem na tyle silnym, że do dzisiaj tę sztukę uprawiam - mówi Zbigniew Preisner, który w listopadzie odebrał tytuł Honorowego Obywatela Miasta.
- Proszę przyjąć gratulacje z okazji przyznania tytułu Honorowego Obywatela Bielska-Białej. Jakie towarzyszyły Panu emocje, w związku z tym wydarzeniem i czym dla Pana jest to „obywatelstwo”?
Zbigniew Preisner: - To wielki dla mnie honor i zaszczyt, że miasto Bielsko-Biała nadało mi ten tytuł, zwłaszcza, że nikogo tu wcześniej nie znałem. Właściwie dopiero w dniu przyjazdu poznałem pana prezydenta, wiceprezydentów i przewodniczącą rady miejskiej. Kompletnie jestem nieświadomy całej tej historii. Tak, jestem dumny. Bielsko to korzenie mojego życia, bo tu się urodziłem i tu się wychowywałem do dwunastego roku życia. Początek życia jest bardzo ważny i dla mnie rzeczywiście był bardzo istotny, bo to tutaj połknąłem bakcyla sztuki, który okazał się być bakcylem na tyle silnym, że do dzisiaj tę sztukę uprawiam.
- Kilka lat temu powiedział Pan, że mniej więcej co dziesięć lat należy zmieniać miejsce zamieszkania, bo domy i mury są zmęczone nami, a my nimi. Kiedy pojawił się Pan kiedyś w Bielskim Centrum Kultury z kolędami, wspominał Pan, że po koncercie miał się udać w sentymentalną wędrówkę, przechadzając się bielskimi ulicami… Towarzyszyły Panu wówczas myśli o ewentualnym powrocie do miasta młodości?
Kiedyś nawet myślałem, żeby na tak zwaną starość przenieść się do Bielska. Choć rzadko tu bywałem, miałem jakiś duży sentyment do tego miasta. Gdy wtedy w styczniu przyjechałem z „Kolędami” (wówczas to był Dom Muzyki), faktycznie chciałem odwiedzić znajome ulice, ale było bardzo zimno, więc przyjechałem, zagrałem i wyjechałem. Po latach jednak wiem, że nie wrócę już do Bielska i to jest pewne, chociaż zgodnie z powiedzeniem „nigdy nie mów nigdy”...
Wie pani, ja już mam 69 lat i teraz nie czas na kolejne przenosiny. Moje życie to nie tylko dom, w którym mieszkam. Pod hasłem dom kryje się również moje studio nagrań, moje zwierzęta i oczywiście zaufani ludzi, którzy dla mnie pracują. Jak widać, ten krąg jest całkiem szeroki i przyznam, że dzisiaj to nie byłoby takie łatwe, aby ot tak, nagle, gdzieś się przenieść i zwyczajnie wszystko, co stworzyłem dotychczas, porzucić. Wyznaję filozofię, że w pewnym wieku, jak człowiek gdzieś się usadowi, to raczej doczekuje się już tam końca.
- Pamiętam, że w 2018 roku pojawił się Pan w tej samej kamienicy, w której znajdujemy się teraz (przy ulicy Wzgórze, gdzie mieszkal od urodzenia - red.). Właściwie to przebywamy w części mieszkania, w którym wychowywał się Pan do dwunastego roku życia. Jak po latach odnajduje Pan to miejsce, które ma tak ogromny potencjał, jeśli chodzi o planowane wydarzenia z kulturą w roli głównej?
Wydaje mi się, że miasto Bielsko-Biała rzeczywiście nastawione jest na kulturę i sztukę, patrząc choćby przez pryzmat licznych galerii, Teatru Polskiego, słynnego Teatru Lalek Banialuka, Bielskiego Centrum Kultury (wcześniej Domu Muzyki), sal koncertowych, w tym Cavatina Hall.
Przede wszystkim jednak zwróciłbym uwagę na mocne zaangażowanie prezydenta miasta, wiceprezydentów wraz z przewodniczącą Rady Miejskiej. Wyraźnie widać, że to miasto ma energię. Bielsko-Biała ma przyszłość. Zaobserwowałem, że zarządzający tym miastem mają wizję przyszłości, a to jest najważniejsze. Jeśli w parze idą wizja z pasją, to na ogół to się spełnia.
- Odnajduje Pan w tym miejscu jakieś sentymenty z dawnych lat?
Mieszkałem tu przez dwanaście lat, a teraz z tego mieszkania został tylko jeden pokój. Nie powiem, że mnie to nie dotyka, ale też nie powiem, żebym przeżywał coś szczególnego. Cieszę się, że w tym miejscu znajduje się galeria i można się tu spotkać. Choć od dawna tu nie mieszkam, to zawsze byłem ciekaw, co dzieje się z tym miejscem, w którym się urodziłem, a przynajmniej w jakiejś jego części.
- Maria Koterbska również znajduje się na liście Honorowych Obywateli Bielska-Białej. Przypomina Pan sobie wizyty pani Koterbskiej w rodzinnym domu? Podobno Królowa Swingu odwiedzała Pana mamę. Czy to prawda?
Wie pani, to było dawno temu, zatem niewiele pamiętam. Byłem jeszcze dzieckiem, ale faktycznie przypominam sobie, że pani Maria odwiedzała mamę. Przychodziła do nas i popijając herbatę śpiewała piosenki. Pamiętam, jak nuciła „Złoty pierścionek”…
- Słynny bokser prawdopodobnie również składał wizyty w kamienicy przy ulicy Wzgórze 11.
Z opowieści ojca utkwiło mi w pamięci, że Zbigniew Pietrzykowski był świadkiem na ślubie moich rodziców, jednak nie pamiętam czy u nas bywał.
- W każdym Pana albumie muzycznym pojawia się filozoficzna wizja kompozytora, który próbuje poprzez swoją twórczość potrząsnąć swoim odbiorcą. Właściwie każda z ostatnich płyt celnie interpretuje rzeczywistość. Takie akcenty odnajdujemy, wsłuchując się w „2016 DOKĄD?”, gdzie pojawiają się utwory „Dokąd zmierzasz człowieku?”, „Nadchodzi chaos”, „Dokąd idę”, „Dokąd”?. Kolejna płyta to „It’s not too late”. Teraz w Turynie podczas Torino Film Festival odbyła się promocja filmu „Central Europe....”, z Pana muzycznym komentarzem rzeczywistości. Jak ważny to dla Pana film?
Ciekawe jest to, że reżyserem tego filmu jest bardzo młody człowiek. Gianluca Minucci jest Włochem, który jest historykiem, a równocześnie nauczycielem uczącym w szkole. Skończył w Los Angeles hollywoodzką szkołę filmową. Jako młody i dobrze zapowiadający się reżyser zrobił film, którego akcja dzieje się w pociągu. Jest to historia ludzi, którzy uciekają przed wojną i ścierają się tam poglądy wyznawców Stalina, Mussoliniego i Hitlera… Nie będę opowiadał, jak kończy się film, ale to, jak się ten film ogląda, z punktu widzenia tego, co dzieje się dziś w Europie i w świecie, przez tę wojnę, która toczy się też na terenie Ukrainy, to jest niesamowite jak ta historia się powtarza i jak głupim jesteśmy społeczeństwami, że nie potrafimy analizować przeszłości. Jak się nie analizuje przeszłości, to nie ma się pojęcia, jaki scenariusz może nam wyreżyserować przyszłość.
Wspomniany film jest właśnie taką odpowiedzią na to, co tu i teraz. Oglądając go, mam wrażenie, że gdybym tylko zmienił postaci, to scenariusz byłby dokładnie taki sam. Z mojego punktu widzenia jest to bardzo ważny film. Całość dopełnia moja muzyka, mam wrażenie, że napisałem dobrą muzykę do tego filmu. Album muzyczny jest trochę inny niż film, ponieważ chciałem zrobić swoją opowieść o „Central Europe” i myślę, że mi się udało.
- Wspomniany film z muzyką Pana autorstwa jest komentarzem, z ukrytą przepowiednią i odpowiedzią na to, co nas czeka. Jakie tym razem jest Pana przeczucie co do naszej przyszłości?
Zawsze miałem przeczucia i intuicja mi wiele rzeczy podpowiada. Kiedy przygotowywałem razem z Ewą Lipską koncert na uroczyste otwarcie Centrum Kongresowego ICE Kraków, powstał program „2014 Tu i teraz”. W 2016 roku, gdy PiS doszedł do władzy, a w tym też roku Wrocław został Europejską Stolicą Kultury, już czuliśmy nadchodzące zmiany, napisaliśmy z Ewą Lipską koncert „2016 DOKĄD?”. Pojawiło się pytanie - dokąd dalej zmierzamy? Teraz rodzi się pytanie, co z nami stanie się za chwilę? Wydałem swoją płytę „It’s not too late”. Te tytuły wyraźnie mówią, o czym myślę. Jak się nie opamiętamy, to będzie too late i będziemy mieli za chwilę trzecią wojnę światową. Nieustannie powtarzam, że rolą artysty nie jest opisywanie świata, który widzi, tylko świata, który jest w nas… A ja niestety nie jestem optymistą.
- Nadchodzący 2025 rok będzie zapowiedzią pewnych podsumowań?
No tak, ale ja do tego nie przywiązuję wagi. Kończę 70 lat, ale jak będę się czuł dobrze, to będzie dobrze, a jak się będę czuł źle, to trzeba będzie odejść…
- A jak wyglądają Pana plany artystyczne w roku Pana okrągłych urodzin?
Zagram we wrześniu koncert w Atenach na Akropolu, a później jesienią w filharmonii w Chicago. Kolejna propozycja jest z Londynu. Jednym słowem - dzieje się. Wie pani, wykonywanie zawodu kompozytora w jakimś stopniu jest porównywalne z zawodem ratownika w karetce pogotowia, bo rano nagle dzwoni telefon z informacją, że jest film i muszę pilnie przyjechać. I tak wygląda całe moje życie. Gdy tylko udaję się na wakacje, to nagle okazuje się, że pilnie muszę wracać, żeby pisać muzykę. Nauczyłem się, że w życiu niczego nie można planować, bo wszystko nagle może się zmienić…
Rozmawiała: Małgorzata Irena Skórska
Zdjęcie: Anna Włoch, na fot. Zbigniew Preisner z ukochanym psem Bono
Oceń artykuł:
45 4Komentarze 1
