Michał Kempa regularnie jeździ koleją z Bielska-Białej do Warszawy. Popularny komik jest zniesmaczony działaniami PKP Intercity, bo przewoźnik przez trzy miesiące podstawiał kilkukrotnie gorszy pociąg, kasując jak za bilet na Pendolino. Jego zdaniem, wiele osób może nie domagać się rekompensaty, a przewoźnik liczy zyski.

Bielszczanin od 17 lat podróżuje pociągami do Warszawy, bo lubi. - Według pobieżnych obliczeń pokonałem tę trasę między 800 a 900 razy. Jak mówi, nie jest ekspertem od pociągów, ale doświadczonym pasażerem. - Kolej w Polsce rozwija się „tak se” - pisze i wspomina, że w 2007 roku najszybszy pociąg do Warszawy jechał ok. 4 godziny i kosztował 120 zł. Teraz najszybszy pociąg jedzie ok. 3,5 godziny i kosztuje 180 zł.

Inny skład, można odzyskać 20 zł

- Jest nowocześniejszy (Pendolino), kible są ciaśniejsze, ale nie śmierdzą. W głośnikach gra Chopin, ale nie ma już ani kawy, ani herbaty, ani soku - o ciastkach TaGo już nie wspominając. Jest tylko woda (gaz/niegaz). Wifi teoretycznie jest, ale zwykle nie działa. A nawet gdy działa, to i tak nie jest nikomu potrzebne.

Przyznaje, że przez długi okres znosił to, że pociągi regularnie się spóźniają, kosztują tyle, co samolot do Barcelony a w supernowoczesnym Pendolino są tylko cztery miejsca na rowery. Niedawno jednak czara goryczy się przelała. - Historia zaczyna się w czerwcu tego roku na stacji Bielsko-Biała Główna. Pociąg, na który zakupiłem bilet, miał oznaczenie EIP (Express Intercity Premium), co oznacza, że miał to być pociąg typu Pendolino. Fajnie, bo bilet z Bielska do Warszawy kosztuje 180 zł. Ponieważ zawsze podróżuję z rowerem, trzeba doliczyć dychę, co daje 190 zł za bilet. Niemało, ale wiadomo: Pendolino - pisze.

- Tyle że na stacji nie stoi Pendolino, tylko „klasyczny” skład, czyli pociąg starszej daty, podobny do tych, którymi jeździłem w 2007 roku. Taki pociąg zazwyczaj ma oznaczenie EIC (Express Intercity), czyli jest o klasę niższy. Trudno. W pociągu nie gra Chopin, lekko śmierdzi - wymienia. Konduktor, sprawdzając bilety, informuje, że w związku ze zmianą składu każdemu przysługuje reklamacja i rekompensata w kwocie 20 zł. 

Komu chce się składać reklamacje?

- Wysiadłem z pociągu na stacji Warszawa Centralna i pomyślałem: „Eh, trochę słaba akcja, ale trudno, zdarza się”. O niełatwej (bo trzeba napisać gdzieś reklamację) procedurze walki o 20 złotych oczywiście szybko zapomniałem. Na tym właśnie polega zresztą relacja wiernego klienta PKP Intercity ze spółką: Ty nieustannie zapominasz i wybaczasz, a PKP Intercity nieustannie Cię przeprasza. I tak żyjecie.

- I pewnie tak byśmy sobie dalej żyli, gdyby nie kolejny czerwcowy dzień, w którym znowu pojawiłem się na stacji Bielsko-Biała Główna, by pojechać do Warszawy. Znowu mam w telefonie bilet za 190 zł, bo znowu jadę z rowerem. I znowu na stacji stoi ten starszy skład zamiast Pendolino. Już wiem, że to pociąg EIC, a nie EIP, i nominalnie jest o 20 zł tańszy. PKP znowu przeprasza mnie za to, że „w dniu dzisiejszym”...

Jak mówi, od czerwca do września sytuacja tego typu powtórzyła się jeszcze siedmiokrotnie. Za każdym razem w południe na trasie Bielsko-Biała - Warszawa, podstawiany był pociąg EIC, zamiast Pendolino, a PKP sprzedawało bilety oznaczone jako EIP. - Podróżowałem w różne dni tygodnia i mogę śmiało domniemywać, że sytuacja ta miała miejsce codziennie od czerwca do końca września. Za każdym razem PKP Intercity sprzedawało ludziom produkt o nazwie EIP (warty 180 zł), a dostarczało produkt o nazwie EIC (warty 160 zł). Informowano, że można ubiegać się o zwrot tych 20 zł, sugerując, że to sytuacja nadzwyczajna. Jednak od połowy lipca nikt już o niczym nie informował, nikt za nic nie przepraszał - mówi komik.

Sprzedawali wciąż droższe bilety

Początkowo myślał, że przesadza, ale policzył, ile PKP mogło na tej sytuacji zarobić - osób, które przepłaciły mogło być każdego dnia 400. Większość jeździ sporadycznie i nie ma czasu, by składać reklamacje. - Z tych 400 pasażerów zostało jedynie 200, którzy nie zareagowali i stracili 20 zł. A PKP zarobiło. To 4000 zł na jednym pociągu. Dla pasażera 20 zł to mało. Dla wielkiej państwowej spółki 4000 zł to też niewiele. Ale co, gdyby sytuacja powtarzała się codziennie przez 4 miesiące? Wtedy mamy 480 tysięcy złotych - wylicza.

Jego zdaniem sytuacja mogła być świadomym działaniem. Uważa, że w olbrzymiej spółce nie jest możliwe, żeby przez cztery miesiące nikt nie potrafił zmienić oznaczenia biletów sprzedawanych na stronie. Wprost nazywa to robieniem ludzi w... (męski organ rozrodczy - red.). - W te wakacje PKP Intercity postanowiło robić to otwarcie, w biały dzień, w samo południe o 12.00, i powtarzać to codziennie przez prawie cztery miesiące. A co gorsza, przestali nawet za to przepraszać. A to już lekka przesada - kończy Michał Kempa.

ak