Oficer Stasi strzałem w plecy zabił 38-latka z Bielska-Białej. O wyroku pisze prasa na całym świecie
Sąd w Berlinie skazał w poniedziałek na 10 lat więzienia byłego oficera Stasi, który podstępnym strzałem w plecy zabił 38-letniego strażaka z Bielska-Białej. Czesław Kukuczka, to jedna z dwóch polskich ofiar muru berlińskiego. Skazany za tzw. podstępne morderstwo Manfred Naumann dziś ma 80 lat i dotychczas wiódł spokojne życie na przedmieściach Lipska. Za swój czyn od władz NRD otrzymał odznaczenie państwowe. O wyroku informują największe dzienniki w Europie i USA.
Sprawa czekała na wyjaśnienie 50 lat, a wyrok jest zasługą pracy prokuratorów Instytutu Pamięci Narodowej. Skazany były oficer NRD-owskiej bezpieki działał bezlitośnie, a za zadanie miał unieszkodliwienie Polaka. Prokuratura domagała się 12 lat więzienia dla Manfreda Naumnna, obrona uniewinnienia. Sąd w Berlinie wymierzając nieprawomocny wyrok, uzasadniał go przez ponad godzinę. O sprawie rozpisują się największe media na świecie - Reuters, BBC, The Guardian, New York Times czy Washington Post.
Strażak mieszkający w Bielsku-Białej
Wszystko wydarzyło się w biały dzień 29 marca 1974 roku na byłym przejściu granicznym Friedrichstrasse w Berlinie Wschodnim. Kilka dni później sprawę ujawnił dziennik „Bild”, który pisał o „tajemniczym zamachu pod murem berlińskim”, gdy mężczyzna został postrzelony w plecy z odległości 2-3 metrów przez cywila ubranego w ciemny płaszcz i okulary przeciwsłoneczne. Ofiarą był Czesław Kukuczka.
Mężczyzna przyszedł na świat w 1935 roku w Kamienicy w powiecie limanowskim. W młodości miewał problemy z prawem, a po odbyciu kary więzienia ożenił się i miał troje dzieci. Pracował m.in. w Powiatowym Przedsiębiorstwie Remontowo-Budowlanym w Limanowej, a następnie przez kilka lat służył w straży pożarnej w Jaworznie i Bielsku-Białej. To z naszego miasta, prawdopodobnie z powodu niskich zarobków, zdecydował się uciec na Zachód. W chwili śmierci znaleziono przy nim adresy w USA.

Czesław Kukuczka (z lewej), arch. KM PSP w Bielsku-Białej
Trzy tygodnie przed śmiercią Kukuczka nie pojawił się w pracy. Poszukiwała go straż pożarna w Bielsku-Białej, która o pomoc zwróciła się m.in. do milicji, a wobec bezskuteczności podjętych działań rozwiązała z nim umowę o prace ze skutkiem natychmiastowym. Do dziś historykom nie udało się ustalić, w jaki sposób Kukuczka dotarł do Niemieckiej Republiki Demokratycznej ani co się z nim działo przez trzy tygodnie.
Groził bombą w polskiej ambasadzie
Dalsze wydarzenia rozgrywały się wczesnym popołudniem, 29 marca 1974 roku. 38-latek pojawił się w recepcji polskiej ambasady w Berlinie. Portierowi przekazał, że ma ważną wiadomość i bez kontroli został skierowany do jednego z pomieszczeń. Tam, trzymając wypchaną teczkę z której wystawała pętla, groził wysadzeniem ambasady oraz innych budynków w Berlinie Wschodnim, jeśli do godz. 15.00 nie otrzyma zgody na wyjazd do RFN. Jego groźby wysłuchuje pułkownik polskiego MSW, który uznaje je za realne.
Pod pretekstem wydania stosownych dokumentów opuszcza pokój i kontaktuje się ze Stasi. Po ok. godzinie do ambasady dociera trzech niemieckich oficerów NRD-owskiej bezpieki. Otrzymują dokumenty dla Kukuczki, z którymi ten ma przekroczyć granicę. 38-latek opuszcza budynek ambasady w towarzystwie oficerów Stasi będąc przekonanym, że niedługo wsiądzie do pociągu do Berlina Zachodniego. Autem kierują się do przejścia granicznego Friedrichstrasse, gdzie przechodzi fikcyjną odprawę paszportową.
Trudno jednoznacznie ustalić, co stało się później. Z akt wynika, że Kukuczka został zastrzelony bez zwracana szczególnej uwagi innych osób przez rozmieszczone siły operacyjne. Oddany z bliska strzał w plecy uszkodził płuco, śledzionę i wątrobę, Kukuczka zostaje przewieziony do więziennego szpitala bezpieki, gdzie po kilku godzinach umiera. W jego teczce zamiast bomby odkryte zostały rzeczy osobiste, w tym pędzel i maszynkę do golenia, szczotkę do butów, rozbitą butelkę, igły do szycia i nici, ale żadnych śladów bomby.

Szyfrogram radcy ambasady do MSZ PRL, Berlin, 29 marca 1974 roku, fot. archiwum MSZ
Dopiero po publikacji w dzienniku „Bild”, która miała miejsce kilka dni po morderstwie, w raportach bezpieki pojawia się inna wersja wydarzeń, z której wynika, że Polak rzekomo użył broni, na której znalazły się jego odciski palców i którą groził funkcjonariuszom. Z tego powodu został zastrzelony. Stasi sporządza raport o udaremnieniu zamachu terrorystycznego, a oficer otrzymuje odznaczenie państwowe. Tej wersji przeczyć ma raport sporządzony przez Instytut Medycyny Sądowej Uniwersytetu Humboldta w Berlinie.
Sprawiedliwość po wielu latach
By zatrzeć wszelkie ślady, bezpieka w porozumieniu z polskimi władzami skremowało ciało Kukuczki. Żona i troje dzieci otrzymała urnę dopiero dwa miesiące po zdarzeniu. Na własne potrzeby polska ambasada opracowała swoją wersję wydarzeń z 29 marca 1974 roku. Opisuje ona próbę ucieczki Kukuczki na przejściu granicznym, ale nie wspomina o jego wizycie w ambasadzie ani o grożeniu bombą. Prawdziwa wersja wydarzeń ma być utrzymywana w kancelarii tajnej MSZ i udostępniana „wąskiej grupie osób”.
Sprawa wyszła na jaw w 2015 roku. Na ślad dramatycznego wydarzenia natrafił w archiwum niemiecki historyk prof. Stefan Appelius. Później sprawę zbadał pion śledczy IPN w Poznaniu, na którego wniosek wydano europejski nakaz aresztowania Manfreda Naumanna, byłego oficera Stasi, który w 1974 roku pociągnął za spust. Niemcy nie zgodziły się wydać swojego obywatela, ale wszczęły śledztwo.
W październiku zeszłego roku 80-latkowi postawiono zarzut podstępnego morderstwa, bowiem strzelił w plecy do bezbronnego Polaka z odległości 2-3 metrów. W procesie zeznawali m.in. uczniowie, którzy o zdarzeniu powiadomili nauczyciela, a ten zachodnioniemiecką prasę. Według niemieckiego „Bilda”, Manfred Naumann mieszka teraz na obrzeżach Lipska i cieszy się spokojnym życiem na emeryturze.
Bartłomiej Kawalec
[email protected]
Oceń artykuł:
54 13