Pytają, kiedy skończy się ich koszmar. Po ruinie biegają dzieci, bezdomni mają w niej melinę
Tydzień temu minęło pięć lat od katastrofy budowlanej przy ul. Lompy w Bielsku-Białej, gdzie runęła część remontowanej kamienicy. Przez dziurę w płocie można swobodnie do niej wejść, po zawalonej klatce schodowej biegają dzieci, bezdomni w jednym z pomieszczeń urządzili sobie melinę. Sąsiedzi informują, że z budynku ciągle odpadają cegły. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że właściciel terenu najwyraźniej nie poczuwa się do odpowiedzialności, aby kamienicę zabezpieczyć lub rozebrać jej pozostałości. - Co się musi stać, aby sprawa została rozwiązana? Ktoś w końcu musi zginąć? - pyta kobieta mieszkająca ścianę w ścianę z ruiną.
Pięć lat temu, 13 września 2019 roku, doszło do katastrofy budowlanej przy ul. Lompy w Bielsku-Białej. Zawaliła się część remontowanej kamienicy. Na miejscu interweniowało trzynaście zastępów straży pożarnej i grupa poszukiwawczo-ratownicza z Jastrzębia-Zdroju. Zamknięto pobliskie ulice, odwołano lekcje w szkole naprzeciwko i ewakuowano lokatorów sąsiedniego budynku. Nikomu nie stała się krzywda.

Mieszkańcy przyległej kamienicy już wcześniej mieli sporo zastrzeżeń do prowadzonego remontu. Ich zdaniem nie był wykonywany „zgodnie ze sztuką”. Dwa tygodnie przed zdarzeniem informowali o swoich podejrzeniach prokuraturę. Dziś od tych wydarzeń mija pięć lat. Ruina jak stała, tak stoi. - Co się musi stać, aby sprawa została rozwiązana? Ktoś w końcu musi zginąć? Kolejna część musi się zawalić? - pytają lokatorzy, którzy wciąż nie mają pewności, czy mogą bezpiecznie mieszkać ściana w ścianę z ruiną.
Dziwić można opieszałości służb. Tylko we wrześniu na miejscu dwukrotnie interweniowała straż miejska. Po rumowisku biegają dzieci, bezdomni wnieśli tam fotele, ustawili stolik. Przy drugiej interwencji dziurę w płocie zabezpieczono... taśmą. Strażnicy stwierdzili, że tylko tyle mogą zrobić. Danuta Baron, inspektor PINB, która w ubiegłych latach zajmowała się sprawą, mówi nam z kolei, że brak odpowiedniego zabezpieczenia przed osobami trzecimi wynika z niewiedzy. Czy rzeczywiście musi zatem dojść do tragedii?

W międzyczasie zapadł wyrok przed Sądem Rejonowym w Bielsku-Białej. Prokuratorskie śledztwo trwało prawie dwa lata i w 2021 roku na ławie oskarżonych zasiadły dwie osoby - kierownik budowy oraz osoba sporządzająca ekspertyzę techniczną dotyczącą stanu nadbudowywanej kamienicy. Oskarżono ich o bezpośredni wpływ na spowodowanie katastrofy. Sprawa zakończyła się uniewinnieniem.
Sąd dał wiarę wyjaśnieniom oskarżonych, którzy od samego początku konsekwentnie nie przyznawali się do stawianych im zarzutów. Ani prokurator, ani oskarżyciele posiłkowi nie przedstawili natomiast dowodów mogących skutecznie podważyć ich wyjaśnienia. Prokurator wniósł apelację, ale Sąd Okręgowy w Bielsku-Białej podtrzymał wyrok uniewinniający. Obrona uniewinnionych osób twierdzi, że to nie oni powinni zostać oskarżeni. - Dwóch niewinnych ludzi zostało wciągniętych do sprawy karnej grożącej im całkowitą zmianą życia zawodowego do końca aktywności zawodowej - mówi nam mec. Sebastian Żmuda.
Tymcasem inwestor - deweloper z Węgierskiej Górki - posiada ważne pozwolenie na budowę. Uzyskał je już dwa lata temu. Z dokumentów wynika, że kamienica ma zostać rozebrana, a w jej miejscu powstanie nowy budynek z garażem podziemnym. Obiekt ma mieć wysokość nieco ponad 15 metrów i będzie równy sąsiedniej nieruchomości. Znajdzie się w nim 21 mieszkań. Nie wiadomo, kiedy ruszy budowa.

Sąsiedzi wciąż mają obawy. - Osoby przechodzące ulicą przystają, patrzą w górę, zastanawiają się, co się dzieje za płotem. My jako sąsiedzi codziennie obserwujemy dalsze losy ruiny. Z naszych balkonów widać wszystko jak na dłoni. Teren zarasta bujną roślinnością, osiedliło się ptactwo - mówi pani Alicja, mieszkanka przyległego budynku, która od lat walczy, aby sprawa została raz na zawsze rozwiązana.
- Bycie sąsiadami tej ruiny to jakiś koszmar, który wydaje się nie kończyć. Inwestor nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności. Kamienicy z lat 30. nie da się już uratować. My zresztą rozbiórki się boimy, boimy się też budowy. Każda wersja wzbudza nasze obawy. Zastanawiamy się, dlaczego inwestor nic nie robi. Odpowiedzi nie znamy. Jedyne co się ostatnio wydarzyło, to w styczniu przyjechało dwóch pracowników, bez żadnych zabezpieczeń wycięli i zabrali okna. Zapewne były potrzebne na inną budowę - dodaje.
- Wciąż ponosimy konsekwencje zdarzenia sprzed pięciu lat. Średnio dwa razy w roku zalewa nam piwnice, bezskutecznie walczymy z pleśnią i grzybem. Cały czas coś się osuwa. Ciągle słychać, że coś się sypie. Osłabione są fundamenty naszej kamienicy i nie jesteśmy w stanie nic z tym zrobić - dodaje pani Alicja.

W początkowej fazie inwestor deklarował sąsiadom pokrywanie wszelkich szkód. Jedynie raz pożyczył urządzenie do osuszenia zalanych ścian i na tym się skończyło. Kilka lat temu sąsiedzi we własnym zakresie położyli prowizoryczną osłonę na dachu i wysłali inwestorowi rachunek. Do dzisiaj nie doczekali się reakcji. Wysłali również fakturę za usunięcie pleśni. Otrzymali odpowiedź, że inwestor „usługi nie zamawiał”.
- W zeszłym roku w Boże Narodzenie przewrócił się płot. Kawałki blachy latały po ulicy. Bardzo blisko było do jakiejś tragedii, gdyby taki kawał blachy na kogoś spadł. Na miejsce przyjechała Straż Miejska i policja. Zastanawiamy się, co musi się stać, żeby w końcu ktoś skutecznie interweniował. Przykład Stalownika pokazuje, że taki stan rzeczy może trwać w nieskończoność - mówi sąsiadka ruiny.
Pomimo wielokrotnych prób oraz posiadanych przez nas dwóch numerów telefonów właściciel nieruchomości ani razu nie podniósł słuchawki, aby odpowiedzieć na nasze pytania.
Adam Kanik
[email protected]
Oceń artykuł:
17 21