Mieszkańcy boją się pójść wyrzucić śmieci. Właściciel odpiera zarzuty, miasto zapowiada kontrolę
Nocne libacje są tu normą, a mieszkańcy sąsiedniego bloku boją się nawet pójść wyrzucić śmieci. Niewłaściwe zachowanie lokatorów budynku przy ul. Mickiewicza w BIelsku-Białej potwierdza policja, która tylko w tym roku pod adresem interweniowała kilkanaście razy i najczęściej wywoziła ich na izbę wytrzeźwień. Właściciel odpiera część zarzutów, a miasto zapowiada kontrolę obiektu.
Problem dotyczy nieruchomości położonej przy ul. Mickiewicza w Bielsku-Białej. Aby zobaczyć budynek trzeba przejść przez podwórze obok bloku wielorodzinnego należącego do Spółdzielni Mieszkaniowej „Strzecha”. Niegdyś działała w nim drukarnia, potem służył do innych celów usługowych. Od kilku lat właścicielem obiektu jest polsko-czeski biznesmen, który wynajmuje w nim pokoje pracownicze.
Pokoje pracownicze
Mieszkają w nim głównie obywatele Ukrainy, ale także Polacy, a największe problemy sprawiać ma krewki Ormianin. Lokatorzy - mówiąc w skrócie - nie bardzo potrafią się zachować i uszanować dobrostan swoich sąsiadów. Ci mając dość ciągłych krzyków, awantur i nocnych imprez zakrapianych alkoholem zgłosili się m.in. do radnych PiS - Karoliny Lewkowicz, Pawła Korzondkowskiego i Rafał Leśkowa.
Radni złożyli interpelację do prezydenta Bielska-Białej. - Problem w tym, że obiekt nie jest ani klasycznym hostelem, ani tym bardziej hotelem - w rozmowie z mieszkańcami okolicy potwierdził to sam właściciel. W budynku na kilku kondygnacjach „wygospodarowano” miejsce dla 61 osób - twierdzą radni i dalej wskazują, że w budynku „nie ma żadnego regulaminu ani stałego nadzoru, a jedyną kontrolę nad osobami zakwaterowanymi sprawuje młoda, około 20-letnia kobieta, której zaangażowanie polega przede wszystkim na przyjeżdżaniu raz na miesiąc celem pobrania opłat od osób wynajmujących pokoje”.
- Na porządku dziennym są różnego rodzaju patologie - krzyki oraz imprezy do późnych godzin nocnych, picie alkoholu poza budynkiem, uciążliwe dla otoczenia palenie papierosów w miejscach do tego nieprzeznaczonych, awanturowanie się osób zamieszkałych w obiekcie i wiele innych niepokojących zachowań. Dochodziło także do aktów wandalizmu oraz obrażania osób mieszkających w budynku obok - piszą radni PiS i dodają, że na miejscu wielokrotnie interweniowała policja. - W jednym przypadku było to nawet 6-7 interwencji w ciągu doby. Stróże prawa są jednak na dłuższą metę bezradni - dodają.
Western trwa nadal
Ich zdaniem wysoce prawdopodobne jest, iż obiekt funkcjonuje nie w pełni legalnie. Proszą więc władze miasta o „podjęcie wszelkich możliwych działań zmierzających do uporządkowania tej sytuacji, a więc przede wszystkim doprowadzeniu do objęcia obiektu stałym nadzorem właściciela.
W odpowiedzi czytamy, że nieruchomość nie jest wpisana do ewidencji obiektów, w których prowadzone są usługi hotelarskie. Jak zadeklarował wiceprezydent Piotr Kucia, sprawa została zgłoszona do różnych instytucji i zostaną podjęte czynności wyjaśniające w celu ustalenia, na jakiej podstawie działa obiekt.
Z prośbą o pomoc sąsiedzi budynku zwrócili się także do posła Bronisława Foltyna. Ten również uważa, że winny zaniedbaniu jest właściciel nieruchomości. - Wie o problemie, ale nic nie robi i western trwa dalej - mówi parlamentarzysta Konfederacji. Jego zdaniem, po części są to spięcia na tle narodowościowym. - Dochodzi do rękoczynów, panowie z Ukrainy zaczepiają kobiety. Ludzie się boją - podkreśla poseł.
Z takim przedstawieniem sprawy nie zgadza się Paweł Korzondkowski. - Nie byłoby problemu, jakby przybytku tam nie było. Albo był pod większym nadzorem. Tam oburzonych jest więcej osób, niemal cały sąsiedni blok. Mieszka w nim także Ukrainka, która jest zła na sąsiadów wynajmujących mieszkania w hostelu, a Polacy wypowiadają się o niej dobrze - przekonuje zaangażowany w sprawę radny PiS.
Pijackie wybryki co weekend
O sytuację pytamy mieszkańców pobliskiego bloku. - Niech ich szlag trafi. Przychodzi piątek, sobota i chlańsko non stop. Nic się nie poprawia - mówi wyraźnie wzburzony sąsiad z naprzeciwka. Część osób mówi nam, że nie chcą prowadzić wojny z lokatorami hostelu, ale zwyczajnie chcieliby się dogadać.
- Nie tylko Ukraińcy sprawiają problemy, ale Polacy również. Od kiedy hostel się pojawił, próbują nam narzucać swoje zasady. Osobiście krępuję się wyjść do śmietnika. Tam też jest duża rotacja osób. Po naszych prośbach na chwilę jest spokój, ale potem przychodzą nowe osoby i robią to samo. Właściciel powinien urządzić im jakąś świetlicę, żeby mogli spędzać czas tak jak chcą, nie uprzykrzając nam życia - słyszymy.
Problem z zakłócaniem porządku przez lokatorów nieruchomości potwierdza bielska policja. Policjanci zaznaczają, że do poważniejszych przestępstw tam nie dochodzi, nikt nikogo na ulicy nie bije. Mimo to, ten rejon ma być regularnie patrolowany. Interwencje dotyczą zakłócania porządku - to głównie pijackie wybryki. Ale problem występuje. W tym roku pod wskazanym adresem było łącznie kilkanaście interwencji. Czynności mundurowych zwykle kończą się mandatem lub „wycieczką” na izbę wytrzeźwień.
Wynajmuje jako osoba prywatna
Skontaktowaliśmy się z właścicielem nieruchomości. Zapewnia, że pod wskazanym adresem nie prowadzi działalności gospodarczej i zaprzecza, by w obiekcie mieszkało lub było miejsce dla 61 lokatorów. - Nie jest to żaden hostel. W budynku znajdują się trzy mieszkania, które wynajmuje jako osoba prywatna - zapewnia biznesmen. - Lokale wynajmowane są długoterminowo, w budynku mieszka m.in. małżeństwo, które mieszka w nim od około sześciu lat, czyli od momentu, gdy nabyłem i wyremontowałem nieruchomość.
Właściciel zapewnia, że każdy lokator, który narusza spokój musi liczyć się z konsekwencjami. - Takim osobom wypowiadam umowę najmu, tak stało się z obywatelem Armenii. Głównie najemcami są Ukraińcy, którzy przyjeżdżają tu do pracy. Każdy obcokrajowiec przebywa u nas legalnie, posiada niezbędne zezwolenia. Mieszkają także Polacy, ale nie jest prawdą, że mieszkają lub kiedykolwiek mieszkali Rosjanie - zapewnia właściciel. - W obiekcie, w miejscach, gdzie to możliwe, zainstalowane są kamery. Młoda Ukrainka, o której wspominają radni, to pełnomocniczka, która dba tylko o kwestie administracyjne. Posiadam podpisaną umowę z agencją ochrony, która interweniuje, gdy w budynku zakłócany jest spokój - mówi i przekonuje, że problem ma „tylko kilku sąsiadów”. - W okolicy znajduje się kilkaset mieszkań.
Mieszkańcy mają dość
O sprawie pisała już „Kronika Beskidzka”. Po publikacji właściciel obiektu postanowił umówić spotkanie z sąsiadami, choć wcześniej był ponoć temu niechętny. Jeden z mieszkańców nie zgadza się jednak z przedstawieniem sprawy przez właściciela. Na przykład z tym, że Ormianin został usunięty z budynku.
- Faktycznie otrzymał wypowiedzenie. Z tym, że jest co noc „przeszmuglowywany” przez kolegów z „hostelu” do środka, gdzie śpi za darmo i bez umowy najmu. Czuje się tu bardzo swobodnie, próbował nawet jednej nocy wyrwać sąsiadowi telefon, gdy ten szedł do altany śmietnikowej - pisze w liście do redakcji.
- My ze swej strony próbowaliśmy też podjąć rozmowy z mieszkańcami tego obiektu. Mówili nam, że warunki są gorsze niż w więzieniach, że im też nieraz przeszkadza element patologiczny, ale „co mają zrobić”. Niejednokrotnie też sami wzywają policję. Problem nie przeszkadza wyłącznie kilku osobom - dodaje.
Bartłomiej Kawalec, Adam Kanik
[email protected]
Oceń artykuł:
49 5Komentarze 1
