W strefie śmierci spędził cztery doby. „Toczyłem walkę z samym sobą, nie mogłem przysnąć”
Pod koniec maja Piotr Krzyżowski, himalaista mieszkający w Bielsku-Białej, stanął na wierzchołku Lhotse i Mount Everestu w odstępie niecałych 48 godzin! Dokonał tego bez wsparcia Szerpów i bez butli z tlenem. Samo wejście na dach świata zajęło mu 14 godzin. - Na szczycie spędziłem jakąś godzinę, upajałem się widokami, robiłem zdjęcia i filmy. To było niesamowite uczucie, siedzieć na topie Ziemi i mieć tą świadomość, że na tej planecie nie można już wyżej wejść - przyznaje himalaista.
- Co spowodowało, że w tym roku postanowił Pan zdobyć swój kolejny 8-tysięcznik solo? Po zeszłorocznych doświadczeniach, biorąc pod uwagę zawrotne tempo Pana wspinaczki, można przypuszczać, że tym razem wyprawa w pojedynkę była celowa. Czy wariant samotnej wyprawy od początku był zaplanowany?
- W pewnym sensie ma pani rację, to nie jest tak, że ławka wspinaczy, którzy jeżdżą na takie wyprawy i wspinają się bez szerpów i bez użycia tlenu, jest długa. Partnerzy, z którymi wcześniej się wspinałem, czyli Mariusz Hatala i Radek Woźniak, nie mogli w tym roku wyjechać ze mną na wyprawę. Przez pryzmat doświadczeń minionego roku, jeśli chodzi o towarzyszy wyprawy, nie chciałem powtarzać modelu przypadkowości. Nie ukrywam, że mam określony poziom wytrenowania i przyznam, że bardzo trudno znaleźć osobę, która będzie wspinać się w podobnym tempie i podobnym stylu. Trudno jest mi znaleźć doświadczonego partnera, z którym można by było zdobywać szczyty na podobnym poziomie i równolegle działać bez żadnych obciążeń na wysokości.
Z takich powodów zrodził się pomysł, aby wyjechać w tym roku na wyprawę samodzielnie. Pod kątem realizacyjnym nie było to łatwe, zwłaszcza, że wspinanie solo wiąże się z tym, że całość sprzętu, który dotychczas dzieliliśmy na zespół, musiałem wynosić sam. Na wyprawę zabrałem cztery namioty, dwa materace, dwa palniki, i masę innego sprzętu, a to wszystko po to, aby każdy z rozłożonych przeze mnie obozów był w pełni wyposażony. Samo zapakowanie się na tegoroczną wyprawę było już nie lada wyczynem. Na szczęście część sprzętu udało się wcześniej rozdzielić i wysłać do Nepalu.
W kolejnym etapie, czyli już podczas mojej wspinaczki, problematyczne było przemieszczanie się z całym obciążeniem. Sam namiot ważył ponad 2 kg, a do tego doszły kartusze z gazem, palniki i inne niezbędne sprzęty które też ważą swoje. Moje pierwsze wejście do obozu III z noclegiem w C1 i C2, na pierwszą rotację, czyli do wysokości 7200 m odbyło się z obciążeniem ok. 25 kg. Pamiętam, że Szerpowie spoglądali na mnie ze zdziwieniem jak widzieli mój ogramny placak I styl w jakim działam. Wyprawa w pojedynkę na ośmioatysięcznik, to zupełnie inne wspinanie.
- Niewątpliwie w tym roku pobił Pan rekord, ale też wygrał walkę z samym sobą. Co było najbardziej problematyczne podczas zdobywania Lhotse i Mount Everestu?
- Media błędnie informowały społeczeństwo, że to, że zdobyłem jeden i drugi szczyt, nie było wcześniej zaplanowane, bo komunikowałem, że jadę tylko na Lhotse. Zapewniam, że nie było tu żadnej przypadkowości. Wyprawa na Lhotse i Mount Everest od początku była zaplanowana, jako wejście na oba szczyty. Zresztą ja nie lubię dużo mówic przed wyprawą o moich celach, wolę się bronić wynikami. Nie ma możliwości zdobycia 8-tysięcznika bez pozwolenia. Zwyczajnie nie wolno w taki sposób postępować, bo tego typu przekroczenia kończą się ogromną karą finansową, pokryciem kosztów termitu i zakazem wjazdu do Nepalu, na co najmniej 10 lat. Mój autorski projekt od początku był zaplanowany i zakładał wejście na dwa ośmiotysięczniki. Kluczowe i bardzo ważne, z punktu widzenia wyczynu, było to, że kierunek wspinaczki bardzo zmienia wartość takiego wejścia. Z mentalnego punktu widzenia, kolosalnym wyzwaniem było w pierwszej kolejności zdobycie Lhotse, a później Mount Everestu. Tylko mała grupa zaprzyjaźnionych osób wiedziała, jaki był plan działania i że najpierw zaatakuję 8-tysięcznik tylko o 300 m niższy od szczytu świata.
- Nikt nie próbował Pana zniechęcić do realizacji tak karkołomnego pomysłu?
- Wtajemniczone osoby od początku zwracały mi uwagę, że rozpoczęcie wyprawy od Lhotse będzie kolosalnie trudne, głównie ze względu na mental. Dodatkowo zwracano mi uwagę na to, że mój organizm będzie bardzo wyczerpany po Lhotse, a od razu będzie zmuszony zmierzyć się z największym wyzwaniem w himalaizmie, jakim jest Mount Everest. Łącznie z logistyką, zaplanowanie całej wyprawy zajęło mi ok. 10 miesięcy. Pozwolę sobie raz jeszcze podkreślić, że nie ma tu mowy o przypadkowości.
W swoim życiu stosuję metodą autoprojekcji celu, która polega na wizualizowaniu sobie celu, drogi i sukcesu. W czasie swoich treningów wizualizuję wszystkie możliwe scenariusze i całą trasę wspinaczki. Równolegle przewiduję zagrożenia, wybieram rozwiązania, aby w sytuacjach trudnych nie tracić czasu na zastanawianie się. Gdy wydarza się coś złego, wybieram jedno z rozwiązań, które już wcześniej przeanalizowałem. Na dachu świata byłem już kilka razy w mojej podświadomości i plan tej wspinaczki został już wcześniej zwizualizowany, a później zrealizowany w rzeczywistości. Autoprojekcja dotyczyła również złych rzeczy, bo nie projektuje się tylko sukcesów, ale i trudności, które mogą pojawić się podczas wspinaczki, po to aby być gotowym do natychmiastowego działania. To metoda stosowana przez wojska specjalne, bardzo skutczna również w życiu codziennym.
- Ile czasu zajęło Panu zdobycie obu szczytów?
- Wejście na szczyt Lhotse rozpoczynałem bardzo późno ok. 7 rano, o takiej porze nie wychodzi się w góry w Nepalu. Tryb późnej wspinaczki był wcześniej celowo przeze mnie zaprojektowany. Plan był taki, aby z tej góry wrócić jak najpóźniej i jak najbardziej skrócić czas pomiędzy zdobywaniem jednego i drugiego szczytu. Dzięki temu udało się zrealizować zadanie i stanąć na obu wierzchołkach, Lhotse i Mount Everestu, w odstępie niecałych 48 godzin. Przyznam, że nie do końca zależało mi na tym, aby oba cele zrealizować w tak krótkim czasie, głównym powodem było skrócenie czasu przebywania w tzw. strefie śmierci, w której ludzki organizm powoli umiera. Choć bardzo się starałem i tak w strefie śmierci i w jej okolicach spędziłem 4 doby. Działałem tam w pojedynkę w przestrzeni, gdzie nie mogłem na nikogo liczyć. Byłem tam sam, więc moje bezpieczeństwo było dla mnie bardzo ważnym czynnikiem.
- Która z tych gór, z punktu widzenia doświadczonego wspinacza wysokogórskiego, była trudniejsza?
- Lhotse jest trudniejszym 8-tysięcznikiem, wymaga też więcej wysiłku. Na początku wyszedłem z obozu idąc za ekipą, która wydawało się, że wytyczała jakiś skrót. Dopiero po godzine zorientowałem się, że wspinacze mieli inny plan skoku Bease Jump z grani bocznej Lhotse, więc zawróciłem do obozu. Wspinaczka na szczyt Lhotse odbywa się dość wystromionym i zarazem bardzo wąskim kuluarem. Nade mną byli ludzie, którzy schodzili już z wierzchołka. Przez cały czas byłem bombardowany kawałkami spadającego lodu i kamieniami, zatem moja czujność podczas podejścia była wzmożona.
Wejście na wierzchołek Lhotse było długie i monotonne, bo przez cały czas prowadziło wąskim kuluarem, który wydawało się, że już za przełamaniem się skończy. Przypominam sobie, że nawet pod koniec wspinaczki biłem się z myślami, który to ten właściwy wierzchołek. Wiedziałem, że mój cel będzie po lewej stronie, a przez cały czas odnosiłem wrażenie, że się odsuwa. W ścianie byłem sam i dopiero w finale wspinaczki, na godzinę, dwie przed szczytem, zaobserwowałem pode mną grupę trzech osób - dwóch Szerpów i ich klienta. Jeden z Szerpów zbliżył się do mnie i na jakieś 10 m przed szczytem mnie wyprzedził. Zejście ze szczytu odbywało się już przy zachodzie słońca. Do namiotu dotarłem ok. godz. 19.00.
- Co roku, podczas jednej wyprawy, zdobywa Pan dwa 8-tysięczniki. Z reguły przed wyprawą przyznaje się Pan tylko do jednego celu wysokogórskiego. Tym razem zaskoczył Pan podwójnie - wejście na Lhotse i Mount Everest, ale też przejście trawersu obu szczytów od strony, którą żaden wspinacz jeszcze nie odważył się podchodzić. Na czym polegała trudność w ataku najwyższego szczytu świata od Lhotse?
- Od tej strony nikt tego nie robił. Jak już wcześniej powiedziałem, to kwestia mentalna, czyli zmierzenie się z Mount Everestem po piramidalnym zmęczeniu, po zdobyciu Lhotse. Ze zmęczeniem takiego kalibru, nie każdy, pod kątem psychicznym, może sobie poradzić. Przejście od kierunku Mount Everestu na Lhotse jest mentalnie łatwiejsze, bo wtedy Lhotse jest opcją, bowiem każdy marzy o Evereście i jak nie ma już siły po zejściu, po prostu nie idzie na Lhotse. Stąd też mój pomysł zakładał, że albo zrealizuję cel jako całość, albo polegnę pod kątem fizycznym, czyli finalnie nie wejdę na żaden szczyt. Od strony Lhotse szedłem jak najkrótszym odcinkiem nie schodząc poniżej obozu IV i wchodziłem w jak najszybszym czasie na Mount Everest, bo wiedziałem, że będę musiał przebywać kilka dni w strefie śmierci. Właśnie z tego powodu zależało mi, aby ten czas jak najbardziej skrócić. Czas był wypadkową tego, że nie mogłem przebywać tam w nieskończoność. Dlatego atak na Lhotse rozpocząłem z obozu IV z ok. 7800 m.
.jpg)
Mount Everest widziany na zboczu Lhotse I, w czasie zejścia Piotra Krzyżowskiego
Schodząc ze szczytu zastanawiałem się nad pewnym wariantem przejścia w kierunku przełęczy południowej, bo tam pozostawiłem swój namiot. Równocześnie miałem ogromne wątpliwości, czy pozostawiony depozyt wraz z namiotem przetrwał. Jak się okazało, po pozostawionym depozycie nie było śladu. Dlatego pomysł, żeby zabrać z obozu IV Lhotse mój namiot i podejść na przełęcz południową był bardzo trafny. Po przespaniu w tamtym obozie kilku godzin, na przełęcz południową dotarłem ok. godz. 19.00 i zacząłem gotowanie wody, co w tych warunkach zabiera dużo czasu. Potrzebowałem kilka litrów, a litr wody na tej wysokości wytapia się ze śniegu i zagotowuje w jakąś godzinę. Ponadto mój palnik, na początku nie działał poprawnie i ledwo się palił. Do ataku Mount Everestu wystartowałem z wysokości 7950 m ok. godz. 23.30 - po 14 godzinach wspinaczki stanąłem na dachu świata.
Na szczycie spędziłem jakąś godzinę, upajałem się widokami, robiłem zdjęcia i filmy. To było niesamowite uczucie, siedzieć na topie Ziemi i mieć tą świadomość, że na tej planecie nie można już wyżej wejść. Po ok. 5 godzinach zejścia wycieńczony wróciłem do namiotu na przełęczy południowej. Rankiem, przed zejściem jeszcze przeszukałem teren obozu IV, gdzie pozostawiłem swój depozyt m.in. z namiotem i innym niezbędnym sprzętem. Niestety go nie znalazłem, więc rozpocząłem zejście niżej do obozu IV, później do C3 i do C2, gdzie zdiagnozowałem odmrożenia. Po przespanej nocy na tej wysokości, podjąłem decyzję o skorzystaniu z mojego ubezpieczenia, w ramach którego zapewniono mi bezpieczny powrót i szybką ewakuację śmigłowcem do bazy i dalej do szpitala w Kathmandu.
- Jak długo przebywał Pan w strefie śmierci? Czy kontrola reakcji własnego organizmu może być na takiej wysokości w pełni "świadoma"? Jak łatwo przeoczyć taki moment, przebywając tak długo na wysokości zagrażającej życiu?
- W strefie śmierci i jej okolicach, czyli na wysokości od ok. 7800-8000 m przebywałem cztery doby. To strefa, gdzie nasz organizm już się nie regeneruje i po prostu powoli umiera. Dlatego podczas przebywania na takiej wysokości przywiązuję bardzo dużą wagę do analizy parametrów mojego organizmu. W trakcie wspinania używam zegarka, który m.in. sprawdza poziom tętna, monitoruje poziom natlenienia krwi, częstotliwość oddechów oraz inne ważne parametry. Wspinanie solo, przy tak ogromnym wysiłku, jest bardzo trudne, z tego powodu że jesteśmy tam zupełnie sami, nie mamy partnera i nie ma nas kto skontrolować. To balansowanie na granicy, a ona jest bardzo cienka i trzeba być bardzo czujnym, aby jej nie przekroczyć. Często na tej wysokości słyszy się o halucynacjach, ale ja nigdy tego nie doświadczyłem. Bardzo szybko adaptuję się do wysokości, a mój mózg poprawnie w tej strefie pracuje. W tym roku podczas mojej wyprawy solo na Lhotse i Everest, nie miałem partnera, który mógłby mnie kontrolować i pomóc w ocenie mojego stanu, dlatego samokontrola we wspinaniu w pojedynkę jest szalenie ważna.
- Który z odcinków wspinaczki pod Mount Everestem był najtrudniejszy?
- Pamiętam, że ostatnie odcinki wspinaczki tuż pod szczytem, jakieś ostatnie 100 m przewyższenia, były dla mnie trudne. Od wierzchołka południowego zaczyna się bardziej wymagający odcinek. To tam podczas jednego z ataków, zerwał się śnieżny kaptur, na którym stali w kolejce wspinacze, zginęły wtedy dwie osoby, Szerpa i jego klient. Będąc w tym miejscu mocno odczuwałem zmęczenie, to tam znajduje się słynny uskok Hilareago. Wiedziałem, że muszę być czujny i skupiony i że nie mogę zamykać oczu, choćby na kilka sekund. Byłem w takim apogeum zmęczenia, toczyłem walkę z samym sobą. Podczas krótkiego odpoczynku nie mogłem pozwolić sobie na to, żeby zamknać oczy i przysnąć. W konsekwencji być może już nigdy bym się nie obudził.
W tej walce pomagał mi ból zęba, który pekł mi jeszcze jak byłem w bazie, jakieś dwa dni, przed wyjściem. To była dolna szóstka, która bardzo mnie bolała przy każdym wdechu zimnego powietrza. Wtedy na dole pomyślałem, że to koniec mojego marzenia, ale zaraz pomyślałem, że muszę to jakoś sobie przerobić na coś pozytywnego. Bo ja jestem z tych, co widzą szklankę do połowy pełną. Wymyśliłem, że ten ból będzie mnie stymulował i w sytuacji zmęczenia nie pozwoli mi zasnąć na grani. I tak właśnie było, wykorzystałem to w czasie mojego wspinania. Zimne powietrze pobudzało nerwy w czasie, kiedy sam już nie byłem pewny, czy mój umysł działa prawidłowo... Zerkając na zegarek przez cały czas kontrolowałem długość moich odpoczynków… Nie pozwalałem sobie na dłuższe niż kilkuminutowe.
Solowe wspinanie to ocieranie się o ogromne niebezpieczeństwo. Nikt nie może sprawdzić, czy dobrze funkcjonujemy. Z moich nagrań, jednak wynika, że na wysokości niemal 9 tys. m, czyli w ekstremalnym świecie, pomimo grymasu zmęczenia na twarzy, wciąż funkcjonowałem bardzo dobrze, nie miałem zadyszki i mówiłem składnie i płynnie.
- O czym myśli się będąc w pojedynkę na szczycie dachu Świata?
- Pojawiły się myśli o rodzinie, o cieple, bo było mi bardzo zimno. Pomyślałem, że już nigdzie na świecie nie ma takiego miejsca, które by było wyższe od tego, na którym się znalazłem, że na tej planecie już nie da się wejść wyżej, bo jestem na wierzchołku Ziemi. Myślałem o najbliższych, ale też o tym, co mnie czeka przy zejściu, z czym będę musiał się mierzyć, bo wejście na 8-tysięcznik to dopiero połowa sukcesu, bo trzeba bezpiecznie zejść do bazy. Równocześnie odczuwałem wewnętrznie ogromną radość i satysfakcję. Podczas zejścia z Mount Everestu w pewnym momencie utraciłem czujność, bo na łatwych odcinkach nie zawsze się asekurowałem i doszło do takiej sytuacji, jakieś 100 m wysokości nad Balcony, przechodziłem takie łatwe trawersy, niestety w kiepskim niezwiązanym śniegu i wtedy zerwała się deska śniegu, a ja odpadłem i z tym śniegiem zsunałem się ok. 50 m. Na szczęście w porę chwyciłem się liny poręczowej i to uratowało mnie przed upadkiem. Dość mocno zmęczyła mnie ta sytuacja, bo cały czas walczyłem aby się zatrzymać, a później musiałem przewspinać się do linii bezpiecznego zejścia. Zatem takie sytuacje też tam miały miejsce. To uświadomiło mi, że nie można się dekoncentrować, tracić czujności nawet w łatwych miejscach.
- Jak mocno zaciera się granica w walce z samym sobą, w drodze po sukces, po rekord, a granica zdrowego rozsądku, czyli lęku o własne życie?
- Wyjeżdżając na tegoroczną wyprawę nie myślałem o walce o rekord, to jakby nie było moim celem. Głównym celem było zrealizowanie projektu w sposób bezpieczny, bo nie jest to mój ostatni projekt wysokogórski. Każdy z zaplanowanych elementów chciałem zrealizować w 100 proc. Przed wyjazdem faktycznie sprawdziłem, kto wcześniej chcial zmierzyć się z tym trawersem od Lhotse i pomyślałem, że musi to być niebotyczne wyzwanie, skoro nikomu się to nie udało, a planowali to zrobić tak znakomici himalaiści jak Denis Urubko, Simone Moro, Uli Steck.
- W którym obozie zorientował się Pan, że jednak będzie potrzebna pomoc?
- W obozie drugim, na wysokości ok. 6500 m. Dla mnie, jako ratownika górskiego GOPR, życie i zdrowie jest wartością najwyższą. Dlatego realizowanie takich wyczynów nie może prowadzić do zagrożenia własnego życia i zdrowia. Ktoś może powiedzieć, że samo pójście w góry wysokie jest pewnym wystawianiem się na niebezpieczeństwo, natomiast ja jako ratownik staram się te niebezpieczeństwa przewidzieć i minimalizować. Nigdy nie postawiłbym na szali odniesienia jakiegoś niebotycznego sukcesu kosztem mojego zdrowia i życia.
Jako ratownik staram się postępować bardzo odpowiedzialnie, bo nie wyobrażam sobie sytuacji, kiedy pojawiają się poważne odmrożenia, a ja będę kontynuował zejście do bazy, aby coś komuś udowodnić. To byłoby wysoce nieodpowiedzialne i nierozsądne, po to przecież wykupuję specjalne ubezpieczenie wysokogórskie, aby w takich sytuacjach z niego skorzystać. Zejście do bazy zajęłoby mi jakieś 3, 4 godziny i miałbym to zrobić tylko po to, żeby formalnie podpisać kartę obecności, kosztem mojego zdrowia czy życia i kosztem narażania innych osób, które ewentualnie, w przypadku pogorszenia się mojego stanu zdrowia ruszyłyby mi z pomocą.
Zdrowy rozsądek w górach jest bardzo ważny, szczególnie, gdy wspinamy się solo i możemy liczyć tylko na siebie, ale również odpowiedzialność, w tym za innych, aby ich niepotrzebnie nie narażać. W tym roku musiałem balansować na bardzo cienkiej linii, pomiędzy projektem, który realizuję, a rozsądkiem, który się włącza w miejscach, w których się znajdowałem. Wiedziałem, że linia jest cienka i nigdy nie chciałbym przekroczyć marginesu bezpieczeństwa, który sobie zakładam, bo zdrowie i życie jest najważniejsze. Wyprawa wysokogórska udana jest wówczas, gdy wracamy cali i zdrowi do domu i do rodziny. Żaden sukces nie jest wart zostawienia jakiejś cząstki siebie w górach... W postaci utraconego zdrowia lub życia...
Małgorzata Irena Skórska
[email protected]
Oceń artykuł:
46 12