W nocy z 12 na 13 lipca w miejscowości Malec wybuchł potężny pożar. Spłonęły dwie hale należące do firmy Aksam, która słynie m.in. z „Paluszków Beskidzkich”. Właściciele szybko ogłosili, że nikt z 600-osobowej załogi nie straci pracy, czym zyskali uznanie w oczach Polaków, którzy wykupują przekąski. - Nie uważamy, żeby nasze zachowanie było czymś niezwykłym. Uważamy się za firmę rodzinną. Decyzja o braku zwolnień jest dla nas oczywista - mówi wiceprezes Artur Klęczar.

Aksam działa na rynku od 1993 roku. Ponad dwa tygodnie firma doświadczyła ogromnego kryzysu. Zakład dotknął potężny pożar, wewnątrz znajdowało się ok. 100 pracowników, którym na szczęście udało się bezpiecznie ewakuować. Ogień strawił łącznie dwie z trzech hali produkcyjnych, w których znajdowały się piece do produkcji przekąsek. W ich wnętrzu panuje temperatura nawet 300 st. C.

- Pożar rozpoczął się ok. godz. 2.00 w nocy, akcja gaśnicza trwała do godzin popołudniowych kolejnego dnia. Później jeszcze przez wiele dni pojawiały się ogniska zapalne. To normalne przy tego typu pogorzelisku. Przy jakimkolwiek poruszeniu materiałów dostawało się powietrze i wtedy pożar na nowo wybuchał. Takich mini pożarów było później wiele - relacjonuje Artur Klęczar, wiceprezes firmy Aksam.

- Przyczyny pożaru wciąż są badane. Najprawdopodobniej w przyszłym tygodniu dostaniemy opinię ze straży pożarnej. Na oficjalny komunikat wciąż czekamy. Wykluczamy ingerencję osób trzecich. Najprawdopodobniej były to przyczyny atmosferyczne - dodaje. Pożar dla producenta popularnych przekąsek był potężnym ciosem. Na pracowników padł blady strach. Prezes firmy szybko rozwiał ich obawy, zapewniając, że nie będzie zwolnień i mimo zmniejszonej liczby godzin pracy wszyscy otrzymają 100 proc. pensji.

- Od razu po pożarze zadeklarowaliśmy, że pracownicy w związku z tą sytuacją nie będą zwalniani. Tę decyzję oczywiście podtrzymujemy. Nie uważamy, żeby nasze zachowanie było czymś niezwykłym. Mimo tego, że zatrudniamy tak wiele osób, to uważamy się za firmę rodzinną. Decyzja o braku zwolnień jest dla nas oczywista. Wierzymy, że wielu pracodawców zachowałoby się podobnie. My z tymi ludźmi jesteśmy na co dzień, razem z nimi tworzymy tę firmę i będziemy to kontynuować - zapewnia syn właściciela.

Ta deklaracja sprawiła, że Polacy masowo ruszyli do sklepów, by kupować produkty firmy. W niektórych punktach handlowych nie ma już „Paluszków Beskidzkich”, chętnie fotografują się z nimi politycy. Kilka dni temu popularny dyskont informował, że sprzedaż paluszków wzrósł o ponad 80 procent!

- Wsparcie, jakie otrzymaliśmy, jest ogromne. Naszym największym problemem nie jest sprzedaż, ale moce produkcyjne. W sklepach zaczyna brakować naszych produktów i niektóre z nich mogą być niedostępne. W tym momencie produkujemy bardzo zawężony asortyment. Jest to bardzo niewiele w stosunku do tego, co wcześniej produkowaliśmy, a tym bardziej w stosunku do zapotrzebowania w związku z akcją. Zrobimy wszystko, żeby jak najszybciej nasze produkty wróciły na półki - mówi wiceprezes Klęczar.

Adam Kanik i Bartosz Augustyniak