Nazywany „generałem polskiego jazzu”, dla bielszczan był przede wszystkim aniołem - i jazzu, i ich osobistym aniołem stróżem. - Zepchnijcie mnie z Szyndzielni, to okaże się, czy polecę - mówił z właściwą sobie swadą odbierając statuetkę Anioła Jazzu. O tym, jak wielki wpływ Jan „Ptaszyn” Wróblewski” miał nie tylko na polską muzykę, ale też na Bielsko-Białą, Zadymkę Jazzową i na nich samych, mówią nam bielscy artyści i ludzie kultury. - Od tego jestem! - mówił zawsze skromnie sam muzyk.

Jan „Ptaszyn” Wróblewski odszedł 7 maja w wieku 88 lat. Jego śmierć wywołała ogromne poruszenie w całej Polsce. Jednym z najbardziej „osieroconych” miast może czuć się Bielsko-Biała, którego „Ptaku” - jak go określano - był od 2019 roku Honorowym Obywatelem. „Ptaszyn” był cenionym kompozytorem, dyrygentem i aranżerem, a także dziennikarzem obdarzonym niezwykłą umiejętnością propagowania jazzu.

Reklama „Piątawki”

„Ptaszyn” jest symbolem Zadymki, ale dał się poznać bielskiej publiczności i ludziom tworzącym życie kulturalne miasta znacznie wcześniej. Wiele mu zawdzięczają twórcy legendarnego bielskiego Jazz Clubu „Piątawka”. „Ptaszyn” grał w nim - przy ulicy Cieszyńskiej - we wrześniu 1980 roku ze swoim kwartetem i Ewą Bem. Zawitał też w 1984 roku, a na scenie był z nim Jarosław Śmietana. Zagrał i rok później, w czerwcu, gdy za perkusją zasiadł mistrz z Wilamowic, kształcący się m.in. w Bielsku-Białej - Kazimierz Jonkisz.

Wizyty „Ptaka” pamięta Jerzy Rocławski, jeden z założycieli „Piątawki”, którego książka o klubie jest już na ukończeniu. - „Ptaszyn” bardzo pomógł klubowi w momencie, gdy nie było pieniędzy i sponsorów. Wpadliśmy na szatański pomysł, by namówić go na szepnięcie czegoś o nas w „Trzech kwadransach jazzu”. Efekt był większy, niż mogliśmy marzyć. Mówił o nas w samych superlatywach. Nagraliśmy to na taśmę i przynieśliśmy szefostwu spółdzielni „Strzecha”, gdzie mieściła się „Piątawka”. Władze bardzo się ucieszyły z takiej reklamy. I kasa się znalazła! - wspomina Jerzy Rocławski. - Do tego dał u nas znakomite koncerty. Dla „Piątawki” to tak ważna postać, jak Zbigniew Namysłowski. Miło też wspominam rozmowy po koncertach, które kończyły się o poranku. Zawsze panowała świetna atmosfera, a dyskusje prowadziliśmy przy muzyce Davisa, Parkera czy Coltrane’a - dodaje.

Symbol „Zadymki”

„Ptaszyn” związany był z Bielską Zadymką Jazzową od pierwszej edycji. Wspierał ją jako autorytet, wprowadzał organizatorów w środowisko, był ich przewodnikiem i twarzą festiwalu. W ciągu ponad dwudziestu lat wielokrotnie występował ze swoimi projektami muzycznymi, ale przede wszystkim od początku prowadził, zapowiadał koncerty, pełnił rolę gospodarza imprezy. Publiczność go uwielbiała, co rok czekała na jego błyskotliwe, inteligentne i barwne zapowiedzi.

Zagadką może się wydawać, jakim to sposobem dopiero co budzący się do życia festiwal pozyskał tak wielkiego patrona. Jednak każdy, kto poznał „Ptaszyna” wie, że on nigdy nie odmawiał w sprawach, które pozwalają na rozwój świata jazzu.

- Zabierając się za organizację pierwszego festiwalu jazzowego, zadałem sobie pytania o to, kto jest w Polsce „bogiem jazzu”, „generałem”, kto jest najbardziej rozpoznawalny i jest pierwszoplanową postacią. Naturalnie, że to „Ptaszyn”, który był nie tylko znakomitym muzykiem grającym z największymi, ale tyle zrobił dobrego, wychowując kolejne pokolenia fanów dzięki swej audycji - wspomina Jerzy Batycki, prezes Stowarzyszenia Sztuka Teatr i twórca Bielskiej Zadymki Jazzowej. - Chwyciłem za telefon i godzinę opowiadałem mu o tym, co chcemy zrobić. I w końcu zapytałem: „Panie Janie, czy pan nam pomoże?”. Odpowiedź była krótka: „Tak, od tego jestem”.

- Miał wielki wkład w rozwój naszego festiwalu. Na początku konsultowaliśmy z nim programy, a później mówił: „Nie jestem już wam potrzebny. Róbcie festiwal, a ja będę przyjeżdżał, bo jestem pewny, że będzie stał na najwyższym poziomie” - opowiada Jerzy Batycki.

- Zawsze przyjeżdżał do nas z żoną - Ewą, a potem z synem - Jackiem. Uwielbiał prowadzić samochód i dopóki mógł, sam wsiadał za kółko. W Bielsku-Białej miał swoje ulubione miejsca. Czuł się z nami związany i zawsze promował nasz festiwal, nasze miasto i naszych muzyków. Stąd też - za ten jego ponaddwudziestoletni wkład - złożyliśmy wniosek o przyznaniu mu tytułu Honorowego Obywatela Bielska-Białej - mówi dyrektor „Zadymki”.

Wszystko to mogą potwierdzić założyciele bielskiego Metrum Jazz Club. Bo to właśnie „Ptaszyn” zagrał tam pierwszy koncert i symbolicznie otworzył nowy klub, a później do niego wracał.

Wiatr w skrzydła

Dla młodych był mentorem i nieocenionym wsparciem. Od początku trzymał pieczę nad zadymkowym konkursem. - Był jego oczkiem w głowie. To był rytuał - zbieraliśmy zgłoszenia w postaci najpierw płyt CD, potem już plików cyfrowych, zgrywaliśmy utwory nadesłane przez muzyków na płyty i wysyłaliśmy kurierem do Warszawy. To było kilkadziesiąt płyt oznaczonych tylko numerami. Co roku wysyłaliśmy nadzieje kilkudziesięciu, czasem nawet ponad stu młodych muzyków do mistrza, autorytetu, którego wspierali oczywiście jeszcze inni członkowie komisji kwalifikacyjnej i jury, ale to on jako przewodniczący miał decydujące zdanie w kwestii wyboru najpierw finalistów, a potem laureatów nagród. Zawsze po finałach dzwonił z prośbą o szczegółowy opis nagrań, tak aby spersonifikować numery zamieszczone na płytach. Nagrania wykorzystywał potem w swojej audycji. Laureaci naszego konkursu wkraczali na zawodowy, muzyczny rynek namaszczeni przez mistrza, to on dodawał im skrzydeł. Był potem dumny z rozwoju ich karier. Konkurs to był dla niego ważny przegląd tego, co aktualnie dzieje się na młodej polskiej scenie jazzowej - opisuje Jerzy Batycki.

Jak to wyglądało od strony artystów? - Był dla bardzo wspierającą, ciepłą osobą. Zawsze czułam, że szczerze mi kibicuje. Jestem wdzięczna - mówi saksofonistka Marta Wajdzik, która na zadymkową scenę wkroczyła już jako nastolatka.

- Odejście Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego to nieodżałowana strata dla polskiego jazzu z racji tego, że przez ponad 50 lat był obecny nie tylko jako aranżer, kompozytor i saksofonista, ale też jako największy propagator muzyki jazzowej. Jego audycji w „Trójce” słuchałam jako nastolatka i wychowałam się na nich. On kształtował pokolenia fanów jazzu i nasz gust muzyczny, prezentując wartościowe wykonania i płyty. Był autorytetem i osobą, która sprawiała, że jeśli ktoś chciał jazz poznać, to mógł. To chyba ewenement na skalę światową, że prowadził tę audycję przez pół wieku! - zwraca uwagę bielszczanka Beata Przybytek, jedna z największych polskich wokalistek jazzowych.

„Ptaszyn” miał na nią wpływ nie tylko jako mentor z radiowego głośnika. - Gdy Jerzy Batycki zaprosił go do rady programowej „Zadymki”, poznałam go osobiście. Wtedy stawiałam pierwsze kroki jako wokalistka. Jednak największym przeżyciem był jeden z moich pierwszych większych występów. Podczas „Zadymki” gościem specjalnym mojego zespołu był właśnie „Ptaszyn”. Na zawsze zapamiętam to, jak wspaniałym muzykiem był i z jak wielką życzliwością do mnie podchodził. Był dla mnie ogromnym wsparciem na początku kariery. Zapamiętam też to, jak wielką miał kulturę osobistą, inteligencję i erudycję, a przy tym pokorę. Nie było w nim krzty arogancji i wywyższania się, a do tego wszyscy cieszyliśmy się jego wyrafinowanym poczuciem humoru - stwierdza Beata Przybytek.

Ale to nie wszystko. - Okazało się, że nagle zaczęłam pojawiać się w „Trzech kwadransach jazzu”, czyli w audycji, której byłam fanką. „Ptaszyn” prezentował w słynnym ogólnopolskim radiu moje utwory, dwudziestoparolatki z Bielska-Białej. Cóż za ogromne przeżycie! To było jak wiatr w skrzydła. Mówię to szczerze i zastępy muzyków dobrze o tym wiedzą, bowiem ja nie jestem odosobniona. Niemal każdy ma z „Ptaszynem” podobne doświadczenia. Mimo że był tak wielką postacią, nie bał się występować z młokosami i ich wspierać - zapewnia wokalistka.

Do dziś zostały z nią słowa „Ptaszyna”, który zapowiadał jej koncert: - Powiedział wtedy do publiczności, że od Przybytek głowa nie boli. Rozbawiło mnie to wtedy i do dzisiaj to sformułowanie jest powtarzane. Właśnie on je wymyślił.

Dobry duch

- W 2001 roku przyznając „Ptaszynowi” naszą Nagrodę Artystyczną - Anioła Jazzu, przyznaliśmy mu również tytuł Anioła Stróża Bielskiej Zadymki Jazzowej - przypomina Jerzy Batycki. Laureat, z wrodzoną sobie skromnością, obdarzony wyjątkowym dowcipem, nie mógł nieco nie zaprotestować. - Moi kochani, nie wiem, czy wy wiecie, co robicie, ponieważ uroczyście wam oświadczam, że aniołem to ja nie jestem, a już na pewno nie dla tych, którzy sobie z jazzu kpią. Ja, drodzy państwo, jestem takim facetem, który naprawdę mieścił się w poprzedniej epoce, w poprzednim milenium, a od czasu, kiedy wkroczyłem w to nowe, na wszystko patrzę raczej z przerażeniem. Na nasze polityczne obyczaje, a przede wszystkim na tę straszliwą muzyczną papkę, którą serwuje się nam na każdym kroku, wmawiając, że to jest prawdziwa sztuka. Ja wiem, że się w ten sposób narażam, ale mówiłem - aniołem nie jestem. Natomiast, drodzy moi, jeśli wy przychodzicie na te koncerty i wysłuchujecie do końca najróżniejszych rzeczy (…) i być może nie popieracie tej „szlachetnej papki”, to przyznaję, że byłoby mi bardzo miło być waszym aniołem. A czy nim jestem, czy nie, to jutro może się okazać. Zepchnijcie mnie z Szyndzielni. Jak polecę, to jestem aniołem! - zwracał się do publiczności.

Szyndzielnia mocno tkwiła w jego sercu. - Ten festiwal jest wymyślony przez Jurka Batyckiego bardzo perwersyjnie. Najpierw dostajemy parogodzinnego łupnia w sali koncertowej. Kto wytrwa, to wio - do „Piwnicy Zamkowej”. Ciężkie boje do rana! Następnego dnia kolejny maraton. I ci, co przeżyją pierwsze trzy dni, później muszą zdać egzamin sprawności przy podchodzeniu na Szyndzielnię - mówił do słuchaczy podczas koncertu w schronisku.

Lidia Sztwiertnia, twórczyni „anielskich statuetek”, wspomina inne wydarzenie świadczące o bezpretensjonalności „Ptaszyna”. - Siedzieliśmy w trakcie koncertu w niższej sali. Siedział też Jan „Ptaszyn” Wróblewski z żoną Ewą i parę innych osób. Stół był duży i zastanawialiśmy się, ile on może mieć długości. „Ptaszyn”, niewiele się zastanawiając, mówi: „Słuchajcie, ja mam 154 cm”. Położył się, a my przenosząc „Ptaszyna” odmierzyliśmy. I stół miał 2,03 „Ptaszyna” - bielska rzeźbiarka przywołuje tę anegdotę w filmie „Nasz fin de siècle”, nakręconym na 25-lecie Stowarzyszenia Sztuka Teatr.

Pod skrzydłami „Ptaka”

„Pod skrzydłami Ptaka” - takie motto będzie towarzyszyć od następnej edycji Konkursu Bielskiej Zadymki Jazzowej, który będzie nosić imię Jana „Ptaszyna” Wróblewskiego. Choć „odleciał” w nieznane, to zostawił po sobie wielkie dziedzictwo: pokłady wdzięcznej pamięci twórców i animatorów kultury oraz wielbicieli muzyki. Przykładem do naśladowania jest nie tylko jego muzyczna kariera, ale też osobowość i styl bycia. - „Ptaszyn” był niezwykle inteligentny i elokwentny, obdarzony wielkim darem krasomówczym. Miał wręcz swój własny język. Niespotykane było to, że potrafił krytycznie się wypowiadać o wielu różnych sprawach, nie tylko muzycznych, ale zawsze w taki sposób, że nikt nie czuł się urażony i nie brał jakiejś uwagi do siebie. Zjednywał sobie ludzi mądrością i klasą. Widać było, że mu zależy, że chce obdarzać innych dobrem. Już samo poczucie tego, że na scenie stałem obok takiej osobistości, z tak nieocenionymi cechami, dodawało mi skrzydeł - wyznaje dyrektor „Zadymki”. - „Ptaszyn” był ciepłą osobą, sympatyczną, ale jeśli już na siłę szukać jego słabości, to była jedna - papierosy - wspomina z uśmiechem.

- „Ptaszyn”, mimo swoich zasług, był nie tylko skromną osobą, ale też bardzo ciepłą. Był po prostu dobrym człowiekiem, który chciał pomagać ludziom, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze - dodaje Jerzy Rocławski.

- Odszedł „papież polskiego jazzu”, jak go czasem nazywano. A razem z nim pokłady ciepła i życzliwości. Właśnie za to był tak kochany i przez publiczność, i przez muzyków. Razem z odejściem „Ptaszyna” zamknęła się pewna epoka. Smutne jest to, że nie widać następców - zwraca uwagę Beata Przybytek.

- Jesteśmy jednak pewni, że tak, jak za życia, dalej będzie z nami - i teraz już z tej anielskiej perspektywy nadal będzie roztaczał nad nami swoje skrzydła - podsumowuje Jerzy Batycki.

„Ptaszyn” na zadymkowych fotografiach

22 czerwca, w trakcie letniej edycji Bielskiej Zadymki Jazzowej, o 17.00 w Galerii Sfera II, odbędzie się wernisaż prac fotograficznych. Wystawa zatytułowana „Jan Ptaszyn Wróblewski - Anioł Stróż Bielskiej Zadymki Jazzowej” będzie hołdem dla artysty. Najlepsi zadymkowi fotograficy pokażą zdjęcia wykonane legendarnemu muzykowi i na scenie, i w kuluarach. Autorami prac są: Aneta Czarnocka-Kanik, Maciej Kanik, Darek Dudziak, Jerzy Pustelnik, Krzysztof Grabowski, Henryk Malesa, Dorota Koperska, Krzysztof Szafraniec, Henryk Pollak. Wernisażowi będzie towarzyszyć koncert zespołu Brass Band Zadymka. Wstęp na wystawę jest wolny.

Marcin Kałuski
[email protected]

Na zdjęciu głównym: „Ptaszyn” z Jerzym Batyckim podczas inauguracji „Zadymki” w 1999 roku.
Na drugim zdjęciu w tekście: muzyk w Jazz Clubie „Piątawka”.
Na trzecim zdjęciu: „Ptaku” w towarzystwie Leszka Możdżera.
Na czwartym zdjęciu: legendarny saksofonista na scenie z wokalistką Beatą Przybytek w 2005 roku.
Zdjęcia: Dorota Koperska, Krzysztof Grabowski, Jerzy Pustelnik (Bielska Zadymka Jazzowa); archiwum Jerzego Rocławskiego (Jazz Club Piątawka).

Artykuł w rozszerzonej wersji został opublikowany w aktualnym wydaniu tygodnika Kronika Beskidzka.