Rozmowa z Adrianem Oleckim, byłym asystentem trenera Leszka Ojrzyńskiego, Krzysztofa Brede i Roberta Kasperczyka w Podbeskidziu, który na przełomie roku został zwolniony z funkcji trenera czwartoligowych rezerw walczących o awans. 

- Obserwuje pan wyniki rezerw Podbeskidzia?

Adrian Olecki: Cieszę się, że mój projekt działa i ma się świetnie. Drużyna, którą zbudowaliśmy wspólnie z Tomkiem Górkiewiczem, to drużyna silna kadrowo, która doskonale wie, jak grać i wygrywa mecz za meczem. Myślę, że spokojnie mogłaby walczyć o czołowe miejsca w III lidze.

- Rzadko zdarza się, by klub zwolnił trenera, którego zespół jest wiceliderem.

- Końcem grudnia zeszłego roku odbyłem ok. 40-minutową rozmową z panem Przeradzkim, który zakomunikował mi, że zostaję zwolniony z funkcji trenera rezerw. Uzasadnienie było takie, że w rezerwach mają grać młodzi zawodnicy, a nie starzy, którzy chcą dorobić do piłkarskiej emerytury. Szczegóły tej rozmowy zostawię dla siebie, ale gdy wyszedłem z klubu było dla mnie jasne, że jest bardzo źle.

Prezes nie przyjmował do wiadomości argumentów, że kilku doświadczonych piłkarzy jest potrzebnych, bo jest reorganizacja ligi, a chcemy uniknąć spadku. Widocznie od naszej rozmowy musiało się coś zmienić, bo do Merebaszwiliego, Chmiela i Felscha, którzy pierwotnie mieli odejść z klubu w zimie, do zespołu rezerw dołączyła cała plejada piłkarzy którzy nie są juniorami i wychowankami. Dzisiaj obecność w rezerwach Nnoshiriego, Toro i innych najwyraźniej prezesowi nie przeszkadza, ale rozumiem, że pan Przeradzki potrzebuje sukcesu i granie wychowankami w drużynie rezerw, to już temat nieaktualny.

- A postawa klubu w I lidze? Na konferencji przed sezonem prezes Bogdan Kłys mówił o powrocie do korzeni, zbudowania charakternej drużyny. Przecież to jest kompromitacja.

- Przede wszystkim trzeba jasno powiedzieć - spadek, który zaliczyło Podbeskidzie, jest jak najbardziej zasłużony i nieprzypadkowy. Zawsze inaczej będzie odebrany spadek drużyny, który złożony jest w dużym stopniu z niskobudżetowych wychowanków, którzy walczą do ostatniego meczu, a inaczej będzie odebrana obecna sytuacja. Skandalem jest brak pokazania jakiegokolwiek charakteru, a chęci walki o dobry rezultat w poszczególnych meczach kończyły się w zasadzie po stracie pierwszej bramki.

Oczywiście szatni nie pomagał chaos, jaki panował w klubie i częste zmiany na wielu stanowiskach, ale to nie jest usprawiedliwienie, podobnie jak domniemane zaległości w pensjach. Jeżeli zawodnik myśli w kategoriach: nie mam na koncie, trenera wymienili, dział sportowy wymienili, więc muszę pomyśleć, czy dam 100 procent w następnym meczu, to już wiadomo, że spadek jest nie do uniknięcia.

Poprzednia ekipa piłkarzy sprzed dziesięciu lat, z którą utożsamiają się kibice do dnia dzisiejszego właśnie w takich momentach jednoczyła się, zaciskała zęby, a kości na boisku trzeszczały. Teraz tego nie było, w tej drużynie zabrakło liderów o odpowiedniej sile mentalnej do pobudzenia szatni. Możliwe też, że liderzy chcieli pobudzić szatnię, ale powiem brutalnie - widzieli, że nie ma kogo pobudzać.

- Pana zdaniem, jaka przyszłość czeka klub?

- Powiem coś bardzo kontrowersyjnego dla wielu, ale uważam, że spadek to szansa dla klubu. Szansa na całkowitą zmianę sposobu myślenia ludzi zarządzających klubem i obranie zupełnie innej strategii rozwoju. Klub musi wrócić do korzeni, drużyna musi mieć kręgosłup składający się z piłkarzy, którzy będą chcieli grać w Bielsku-Białej przez najbliższe kilka lat, a nie traktować klubu jako miły bezstresowy przystanek w ładnym mieście. Klub musi mieć plan, ale nie na rundę, nie na sezon, tylko długofalowego działania przez lata. Krok po kroku, cierpliwie powinny być budowane poszczególne składowe: baza treningowa, skauting, organizacja szkolenia dla akademii, atmosfera w klubie, współpraca z klubami w regionie. Tylko inwestycja pieniędzy w te elementy sprawi, że za jakiś czas klub będzie stał na fundamentach, a nie na glinianych nogach.

- Na brak długofalowej wizji zwracał uwagę Łukasz Piworowicz. Jego już nie ma w klubie.

- Podbeskidzie powinno zacząć od wyznaczenia sztywnych zasady konstrukcji kadry drużyny, które obowiązywałaby przez co najmniej 5-10 lat. Jeżeli w kadrze masz 25 zawodników, w tym trzech bramkarzy, to na poziomie II ligi ośmiu muszą stanowić najlepsi wychowankowie z rezerw lub regionu. Oczywiście oni muszą być na odpowiednim poziomie, należy zainwestować w lokalny skauting. Zawodnicy z zewnątrz mają wtedy 15 miejsc do obsadzenia i z tego tylko 5-6 powinno mieć większe pieniądze, długie kontrakty, stanowić „kręgosłup” drużyny. Drugi aspekt to inwestycja w lokalny skauting, który od lat jest zaniedbany.

- Skautingu w zasadzie też już nie ma.

- Klub powinien zainwestować w lokalną siatkę skautingową. Załóżmy że mamy 5-6 skautów na ościenne województwa, którzy pracują nad transferami do zespołów juniorów i rezerw dostarczając po kilka, kilkanaście rekomendacji na miesiąc. Jaki będzie tego efekt za kilka lat? To jest budowanie długofalowej wizji klubu, Podbeskidzie powinno skończyć z absurdalnymi kontraktami półrocznymi dla zawodników zagranicznych, którzy przychodzą się podleczyć w bezstresowym środowisku.

- Antonio Perosević.

- Na przykład, ale na przestrzeni kilku rund, tych nazwisk moglibyśmy podać znacznie więcej. Trzeci aspekt to współpraca z lokalnymi klubami. Trzeba jasno powiedzieć, że tu jest najwięcej pola do popisu, bo mówiąc dyplomatycznie, jest więcej klubów niż jeden, które nie pałają miłością do Podbeskidzia.

- Niedawno, po wielu latach, w końcu zrobiono krok w kierunku profesjonalizacji akademii.

- Zgadza się, ale hasło „klub całego regionu” - przykro stwierdzić - to obecnie pusty slogan. Jeżeli Podbeskidzie ma być rzeczywiście klubem regionu, to współpraca musi polegać na wzajemnych korzyściach partnerów. I być może wtedy klub zacznie być lepiej postrzegany. Mniejsze kluby są od lat namawiane do przekazywania zawodników do Podbeskidzia i nie dostając nic w zamian. To nie jest współpraca, tylko występowanie z pozycji większego, na zasadzie dajcie nam najlepszych, bo my chcemy, bo nam się należy. Nic się Podbeskidziu nie należy. To, że mamy piękny stadion, nie sprawia, że w klubie powinni myśleć, że należy nam się miejsce w ekstraklasie. Punków przed sezonem za ładny stadion nikt nie dostaje.

Awanse i spadki prawie nigdy nie są przypadkowe. Zależą od organizacji klubu, konstrukcji kadry i jakości zawodników. Aby klub wrócił na właściwe tory rozwoju potrzeba pokory, ogromu ciężkiej pracy i długofalowej wizji, która nie będzie wywracana przy pierwszych przeciwnościach losu. Według mnie klub powinien bardziej przypominać Atletico Bilbao, gdzie fundamentem jest lokalny patriotyzm i serce do walki, które wynika z potrzeby wewnętrznej wszystkich piłkarzy, a nie jest uzależnione od stanu konta.

Rozmawiał: Bartłomiej Kawalec
[email protected]