Dla wielu osób niewidomych ich niepełnosprawność jest jak wyrok. Ograniczeni zaszywają się w domach, egzystując w samotności. Ewelina i Sebastian Michałowscy z Bielska-Białej pokazują, że można. Oboje niewidomi od urodzenia, od wielu lat są parą. Wychowują córkę i pracują, a ponadto działają społecznie, by pokazać innym niewidomym, że nie są skazani na chłód czterech ścian. Jak wygląda codzienność osób niewidomych? Z jakimi wyzwaniami się mierzą? - Normalnie idę do lekarza, wchodzę z córką do gabinetu, robię wszystko koło niej - mówi pani Ewelina.

Czy to była miłość od pierwszego... dotyku?

Ewelina Michałowska: - Nigdy w takich kategoriach się nie zastanawiałam. Jest tak samo jak u osób widzących, choć my nie możemy na siebie spojrzeć. Człowiek zwraca uwagę, jaka ta osoba jest, czy mnie wspiera, pomaga, jak się do mnie odnosi. Na pewno ważniejsze są dla nas rzeczy związane bardziej ze sferą psychiczną. Wygląd też ma znaczenie, ale ta kwestia schodzi na boczny tor. Inne rzeczy wychodzą na pierwszy plan, a przede wszystkim to, czy będę mogła liczyć na tę osobę w trudnych momentach.

Decyzja o przeprowadzce była trudna?

Ewelina: - Sebastian był u siebie i nie wywrócił sobie całego życia do góry nogami. Był w bezpiecznej skorupeczce, a ja musiałam się na nowo uczyć wszystkiego. Z resztą do tej pory się uczę, bo wiadomo, że nie wszędzie trafię. Ale zawsze muszę sobie jakoś poradzić. Decyzja o przeprowadzce nie była łatwa i oczywista, bo przeprowadzając się musiałam się liczyć z tym, że nie będę już mogła wrócić.

Czym Sebastian przekonał? Tym wsparciem?

Ewelina: - Na pewno zaradnością. Tu pomoże, tam podpowie, takim jak na osobę niewidomą dużym zrehabilitowaniem, umie ugotować obiad, posprzątać, coś ogarnąć. To ma duże znaczenie, bo wiele osób niewidomych, które poznałam, bardzo często polega na najbliższych, mieszka z rodzicami, wielu rzeczy nie potrafi i za bardzo nie dąży do tego, żeby się uczyć. Nie mówię, że wszyscy. Mam dużo znajomych, którzy pozakładali rodziny, poprzeprowadzali się i choć nie mają dzieci, są w długoletnich związkach.

Usamodzielnienie się, to najtrudniejszy etap?

Ewelina: - To na pewno. Sama pamiętam, jak mieszkałam z rodzicami, a później przeszłam na swoje mieszkanie komunalne. Rodzice czy rodzeństwo mieszkało niedaleko, więc zawsze mogłam liczyć na kogoś. Do mnie jednak należało, żebym posprzątała, ugotowała, zrobiła zakupy. Takich rzeczy trzeba było się nauczyć. Nie czuło się dyskomfortu, bo można było poprosić rodzinę o pomoc. Tu nie mam nikogo z bliskich. Tu muszę liczyć sama na siebie, ewentualnie osobę znajomą, asystenta osoby niepełnosprawnej z projektu, czy panią z MOPS-u. Większość spraw, bo jestem taką osobą, staram się załatwić jednak sama.

Sebastian Michałowski: - W 2006 roku zmarła moja mama, a brat był w zakonie, więc chcąc nie chcąc życie zweryfikowało wszystko. Trzeba było sobie samemu poradzić w codziennych obowiązkach. Czasami jednak człowiek nie jest w stanie wszystkiego ogarnąć. Czasami oczy osoby, która pomaga są niezbędne.

Macie córkę. To było trudne, żeby zdecydować się na dziecko będąc niepełnosprawnym?

Ewelina: - Zawsze chciałam mieć dziecko. Mam znajomych, którzy doczekali się potomstwa, więc wszystko jest możliwe, a ja nie będę pierwszą niewidomą matką. Dużo niewidomych ma dzieci. Są też i takie pary, w których jedna z osób widzi, wtedy z góry jest łatwiej, bo partner ma samochód, podprowadzi, posłuży oczami. W przypadku dziecka mają one szczególnie duże znaczenie w tych początkowych etapach rozwoju, gdzie dzieciątko zaczyna raczkować, brać różne przedmioty do buzi, ściągać wszystko, wchodzić wszędzie. Miałam tę świadomość, ale mimo wszystko chciałam zostać rodzicem i mieć kogoś swojego.

Sebastian: - Była obawa, jak urodzi się dziecko, czy wypuszczą nas ze szpitala, bo były sytuacje, że niewidoma dziewczyna urodziła i z automatu zostało ono jej odebrane. Dlatego od razu poprosiliśmy asystenta osoby niepełnosprawnej. Pani Beata, która niestety już nie żyje, bardzo nam wtedy pomogła.

Ewelina: - Zdecydowaliśmy się na poród prywatny w klinice. Jednak położna dzwoniąc do mnie po porodzie od razu pytała czy mąż także jest osobą niewidomą i że musimy mieć osobę widzącą do pomocy. Nigdzie nie ma takiego przepisu, że niewidomy nie może mieć dzieci. Normalnie idę do lekarza, wchodzę z córką do gabinetu, robię wszystko koło niej. Rozumiem obawy, bo są różne stopnie niepełnosprawności, są osoby z upośledzeniem, z różnymi ograniczeniami, które mogą sobie nie poradzić. Zgadzam się, że w niektórych sytuacjach dziecko nie powinno się w ogóle pojawić, ze względu na przykład na ciężką niepełnosprawność. U nas było tylko to niewidzenie, a nie niesprawność umysłowa, intelektualna czy fizyczna. Mimo wszystko ludziom bardzo trudno to wytłumaczyć… Przez to też mamy na głowie opiekę społeczną.

Nie było obawy - mam nadzieję, że nie urażę Was tym pytaniem - że Laura urodzi się niewidoma?

Ewelina: - Nie, nie mamy chorób genetycznych. Uważam, że jeżeli jest się osobą niewidzącą czy niepełnosprawną z obciążeniem genetycznym, to nie powinno się decydować na dziecko. Jest wtedy duże ryzyko, że przekaże się wadę dziecku. Z resztą mam kilku znajomych, którzy przekazali swoje niewidzenie czy wady wzroku swoim dzieciom. Ktoś może poczuć się urażony, ale to nierozsądna decyzja. Każdy ma prawo wyboru, ale gdybym wiedziała, że jestem obciążona genetycznie, to nie skazywałabym na to dziecka. Chciałam, żeby moje dziecko było zdrowe, cieszyło się i korzystało z życia. W niektórych przypadkach korzystamy z pomocy osoby widzącej, bo siłą rzeczy się jej pewnych rzeczy nie pokaże. A jestem osobą, która chciałaby pokazać jej jak najwięcej. Spędzam z nią mnóstwo czasu, słuchamy muzyki, Laura śpiewa, bawimy się układankami czy w gotowanie. Są jednak takie rzeczy, których jej nie pokaże.

Rozmawiał: Artur Jarczok