Przy szybko rosnącej inflacji, reformy rządu pozbawiły w tej kadencji budżet Bielska-Białej przychodów na poziomie 600 mln zł. W zamian politycy PiS lansują się przywożąc kartonowe czeki, które rozkładane są na stołach zamiast obrusów. Centralizacja i zawłaszczanie władzy postępuje, a Jarosław Klimaszewski obawia się czy kolejnym krokiem nie będzie reforma samorządów. - Wszystkich, którzy chcą oddać głos na PiS proszę, by to jeszcze rozważyli - mówi prezydent Bielska-Białej, który podobnie jak PiS ma bardzo liczny elektorat wśród osób starszych.

Nie przygląda się pan biernie nadchodzącym wyborom parlamentarnym. Dlaczego?

Jarosław Klimaszewski, prezydent Bielska-Białej: Te wybory dotyczą przyszłości samorządu bardziej niż kiedykolwiek. Pierwszy raz naprawdę mamy prawo się obawiać, że to, co osiągnęliśmy w kwestii samorządności zostanie zmarnowane.

Skąd ten wniosek?

- Wiem, że użyłem mocnych słów, ale coraz wyraźniej widać ten postępujący rozdźwięk między rządem a samorządami. A to może być dopiero preludium. Obawiam się, że po wyborach - jeśli Prawo i Sprawiedliwość utrzyma się przy władzy - padnie hasło, że formuła samorządów się wyczerpała. A samorządy powstały na skutek najbardziej udanej reformy po 1990 roku i funkcjonowały wzorowo, przyczyniając się do dynamicznego rozwoju miast i gmin.

- Ale na ich, a w zasadzie na naszej drodze, stanęły zapędy centralizacyjne, które nijak się mają do istoty demokracji. Przerabialiśmy to już w wykonaniu Zjednoczonej Prawicy, gdy rujnowano trójpodział władzy, niszcząc sądownictwo. Mam nieodparte wrażenie, że władze państwowe zmierzają dziś do tego, by z samorządności nic nie zostało.

W jaki sposób dziś obrywają samorządy?

- Przede wszystkim finansowo. I to - co trzeba mocno podkreślić - wbrew Konstytucji, bowiem zlecając samorządom zadania do realizacji, trzeba je zaopatrzyć w odpowiednie środki. Tymczasem zadania są na nas nakładane, ale żadne finanse z reguły za tym nie idą. Co więcej, tracimy dochody, którymi wcześniej dysponowaliśmy.

- Mieszkańcy Bielska-Białej powinni wiedzieć, że w ciągu pięciu lat tej kadencji na skutek zmian podatkowych mamy o 600 mln zł mniej w budżecie. Nasze dochody z PIT-u są obecnie na poziomie z 2018 roku, a przez ten czas inflacja wyniosła w sumie ok. 50 proc. Zamiast mieć więc do dyspozycji te 600 mln zł, mogliśmy jedynie starać się o rządowe dotacje. I w ten sposób otrzymaliśmy 105 mln zł. Łatwo zatem obliczyć, jakie mamy straty.

- Pewnie większość mieszkańców jest zadowolona, że płaci niższe podatki od swoich wynagrodzeń, ale nie zdaje sobie sprawy, że to tylko fasada. Samorządy pozbawione pieniędzy muszą podnosić inne opłaty, w tym podatki lokalne. A to już mieszkańcom pewnie się nie podoba. Najgorsze, że nawet pomimo wzrostu tych wszystkich lokalnych opłat, samorządy i tak skazane są na finansowy kryzys i nie mogą być spokojne o swoją przyszłość. Dodam, że rządowe dotacje, o których wspomniałem, nie są przyznawane na jasnych i czytelnych zasadach.

Pozostają środki unijne.

- Pieniądze z Unii, na szczęście, są bardziej odporne na ręczne sterowanie polityków. Jeśli jednak mówimy o środkach z Krajowego Planu Odbudowy, to mamy do czynienia z porażką rządu. Antyunijna polityka Zjednoczonej Prawicy nastawiona wyłącznie na utrzymanie władzy jest po prostu szkodliwa dla Polski i kosztuje nas wszystkich 770 miliardów złotych! Gdybyśmy tę kwotę chcieli podzielić pomiędzy samorządy, to do Bielska-Białej trafiłoby - uwaga - 711 mln zł. Proszę sobie wyobrazić, ile dobrego moglibyśmy dzięki tym pieniądzom zrobić. Tymczasem wszyscy musimy ponosić koszty utrzymywania obecnie rządzących. Liczę na to, że do wszystkich dotrze, iż nie jest to koszt, który warto ponosić.

Wracając do kwestii rządowych dotacji. Znamy te obrazki. Politycy PiS-u przyjeżdżają z kartonowymi czekami, sugerując, że „przywieźli” pieniądze, że to oni je „załatwili”.

- W moim odczuciu wręczanie tych czeków jest cyniczne. To tak, jakby ktoś zabrał ci 600 zł, potem oddał 100 i oczekiwał, że będziesz się z tego cieszył. Inna sprawa, że ani premier, ani żaden poseł, ani ja - jako prezydent miasta - nie mamy swoich pieniędzy. To są środki podatników. Staram się zatem od dawna dementować twierdzenie, że to rząd daje nam pieniądze. To tak nie działa!

- Rząd najpierw nam je zabrał w postaci podatków, a później oddał, ale oczywiście w małej części. I to m.in. dlatego od ośmiu lat trwa proces kurczenia się samorządności, ale jeśli coś w kraju nie wychodzi, to rząd bardzo chętnie zrzuca winę właśnie na samorządy.

Co samorządowcy zrobili, by to zmienić?

- Odpowiem na przykładzie swojego doświadczenia. Wraz z samorządowcami z naszego regionu, dysponujemy dosłownie setkami dokumentów pokazującymi, że występujemy w sprawach ważnych dla funkcjonowania samorządów. Ale nasz głos nie jest słyszalny. Albo inaczej: rządzący nie chcą go usłyszeć. Od dawna na linii rząd - samorząd dialog ma jedynie fasadowy charakter. Niby jesteśmy wysłuchiwani, mamy możliwość apelowania o zmiany systemowe, ale w praktyce nasze postulaty są ignorowane.

- Dziwi to tym bardziej, że rząd na samorządy zawsze może liczyć. Jesteśmy wręcz wzorowym partnerem. Gdy rządzący potrzebują pomocy, to samorządy zawsze stają na wysokości zadania. Przykładem niech będą działania podjęte po wybuchu wojny w Ukrainie, przedsięwzięcia realizowane podczas pandemii czy realizacja programu 500 Plus. Rząd sam tego wszystkiego nie potrafił, nawet sprzedaż węgla zrzucił na samorządy. A my z tymi wszystkimi wyzwaniami sobie poradziliśmy, bo działamy dla mieszkańców. Powiem więcej, przeprowadzenie demokratycznych wyborów bez samorządów też nie byłoby możliwe. Jednak rząd traktuje nas instrumentalnie, a często używa - jak wspomniałem - jako kozła ofiarnego.

Jakoś ten pana głos sprzeciwu do tej pory było słabo słychać. Raczej widać, że razem z politykami PiS-u staracie się współpracować. Dlaczego nie powie pan wprost, że urządzają żenujący cyrk za nasze pieniądze, pozując do zdjęć z tymi czekami?

- Współpracujemy dla dobra miasta. Postrzegam to jako swój obowiązek. To również kwestia dobrego wychowania. Dziękując za te czeki zawsze podkreślam, że to pieniądze naszych mieszkańców, które wracają do nas przez Warszawę. I nigdy nie wraca ich tyle samo.

Powie pan prosto z mostu, że odradza głosowanie na PiS?

- Przede wszystkim zachęcam do udziału w wyborach. A wszystkich tych, którzy chcą oddać swój głos na PiS proszę, by to jeszcze rozważyli. Tym, którzy wciąż nie wiedzą na kogo głosować, ale także wyborcom PiS-u, którzy zdają sobie sprawę, że samorządność to jeden z fundamentów państwa i jego rozwoju, proponuję poprzeć kandydatów opowiadających się za silnymi samorządami i sprzeciwiających się dalszej centralizacji.

- Wiem, że wśród wyborców PiS-u są też tacy, którzy w ostatnich wyborach samorządowych poparli moją kandydaturę. I była to dla mnie duża satysfakcja, że na poziomie samorządu mogli mnie ocenić, nie kierując się politycznymi zapatrywaniami, tylko przyszłością swojego miasta. Liczę, że tak samo podejdą do wyborów parlamentarnych.

Niektórzy mieszkańcy mają pretensje, że jednoznacznie staje pan publicznie po stronie przeciwników rządu.

- Nie mogę milczeć, bo mam świadomość, że kolejne wybory samorządowe z tą partią u władzy mogą być zupełnie inne. Albo - co gorsze - może ich w ogóle nie być, bo zamiast prezydentów, burmistrzów i wójtów będą komisarze. I to jest realne zagrożenie, bo gołym okiem widać, że PiS posuwa się coraz dalej w zawłaszczaniu władzy.

- Przypomnijmy słynne „wybory kopertowe”, gdy na polecenie rządu samorządy miały przekazać Poczcie Polskiej spisy wyborców. Było to niezgodne z prawem, co zresztą znalazło potwierdzenie w orzeczeniach sądów. Samorządowcy muszą o tym głośno mówić, bo z mediów publicznych, zamienionych w machinę propagandową rządu, społeczeństwo na pewno się o tym nie dowie.

Widać wyraźnie, że w kampanii udziela Pan wsparcia Koalicji Obywatelskiej. Takie zaangażowanie prezydenta miasta też nie wszystkim przypada do gustu.

- Pracuję dla wszystkich mieszkańców, jednak kandydowałem z konkretnego komitetu politycznego. Nie jest też tajemnicą, że jestem szefem bielskiej Platformy, do której należę od 2002 roku, a zatem ponad dwie dekady. Uważam, że wyrażając publicznie moje poglądy polityczne jestem wobec mieszkańców bardziej uczciwy, niż gdybym starał się je przed nimi ukrywać. Ponadto występuję w interesie naszego samorządu.

- Wiem, że ta „polityczna” szczerość może się niektórym osobom nie podobać i jestem w związku z tym w stanie ponieść konsekwencje werdyktu mieszkańców w kolejnych wyborach. A zabieram głos przed wyborami parlamentarnymi, bo one zdecydują o przyszłości samorządów.

Jeśli po wyborach u sterów pozostanie PiS, to po takich pana słowach będzie możliwa współpraca?

- Pamiętajmy, że obojętnie kto wygra, to w dalszym ciągu będziemy mieszkać w jednym kraju, w jednym mieście. Mogę się sprzeciwiać polityce PiS-u, ale nigdy nikogo personalnie nie atakowałem i nie zamierzam tego robić. Nie deprecjonuję tych, którzy myślą inaczej, bo do poglądów innych trzeba podchodzić z szacunkiem. Żałuję, że takiej postawy nie widzimy w polityce ogólnokrajowej, że władza zawsze znajduje sobie wrogów, którymi pomiata i na których buduje polityczny kapitał.

- Na przeciwnym biegunie był „Marsz Miliona Serc”, w którym wziąłem udział. Wybrzmiało tam, że te rowy między nami trzeba zasypywać, choć to może potrwać. Była to największa manifestacja po 1989 roku, a z obozu władzy szedł przekaz o „marszu pustych serc”. To było echo słów o „gorszym sorcie”.

- Ciągle rzesza naszych rodaków słyszy, że jeśli myśli inaczej, niż środowisko PiS-u, to nie są oni patriotami, nie są Polakami albo są na usługach innych państw. Ja jestem zwolennikiem pozytywnego przekazu, ale jednocześnie uważam, że nie możemy tego negatywnego i często nieuczciwego przemilczać.

Mówimy o PiS-ie, tymczasem, szczególnie wśród młodych ludzi, duże poparcie ma Konfederacja, której kandydaci mają nieraz wręcz fanatyczne poglądy, jeszcze dalsze od standardów europejskich.

- Przez osiem lat rządów obecnej ekipy niektóre środowiska otrzymały przyzwolenie na nietolerancję, ksenofobię, poniżanie kobiet i bardzo agresywny przekaz pod przykrywką wolności gospodarczej. Taka zero-jedynkowa wizja łatwo trafia do młodych ludzi, jednak rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Nie zawsze i nie wszyscy będziemy piękni, zdrowi i bogaci, więc na przykład funkcja opiekuńcza państwa musi istnieć.

- Wprawdzie sam nie zgadzam się z postulatami Konfederacji, zwłaszcza ze stosunkiem tego ugrupowania do kobiet, ale nie zdecydowałbym się na to, aby ją wykluczać z debaty publicznej czy zamykać dostęp do mediów. To też siła demokracji, że można wyrażać swoje poglądy i dyskutować na każdy temat.

- Musimy to doceniać, mając na względzie, że jako społeczeństwo straciliśmy już media publiczne, a władza przejęła także sporą część regionalnych czasopism. W tym tempie ograniczania wolności mediów możemy już niedługo w ogóle nie mieć dostępu do rzetelnych informacji. Stracimy wtedy jakikolwiek wybór. Idzie to w zdecydowanie niebezpiecznym kierunku.

Stoi pan za Koalicją Obywatelską, tymczasem mam wrażenie, że lista kandydatów nie została odebrana pozytywnie. Na pierwszych miejscach są te same nazwiska. Jeśli proponuje się to samo, to można liczyć na inny efekt, niż ostatnio?

- Każda partia chce wygrać i pod tym kątem przygotowuje listę swoich kandydatów. Naszą przewagą jest to, że rozstrzygamy to sami, na poziomie regionu i województwa. Nikt z „góry” nam niczego nie narzuca. Zamiast na te same twarze zwróciłbym uwagę na to, jak wielu mamy nowych, młodych kandydatów. Przecież większość osób z naszej 18-osobowej listy wcześniej nie kandydowała.

- Wierzymy, że dzięki tej mieszance doświadczenia i młodości osiągniemy dobry wynik. Proszę też zwrócić uwagę, że mamy na swojej liście sporo kobiet - nie tylko ze względu na parytety i szacunek do płci pięknej, ale przede wszystkim dlatego, że to właśnie kobiety, w naszym głębokim przekonaniu, zdecydują o wyniku tych wyborów.

Rozmawiał: Marcin Kałuski