Media w całym kraju rozpisują się o dziwnych „wężach”, które pojawiły się w Bielsku-Białej, a okazały się zwykłymi… gąsienicami. Ludzie byli przerażeni tymi stworzeniami i o pomoc w ich pozbyciu się prosili pracowników Mysikrólika.

Sprawa nie jest nowa, bo zdarzenie - dokładnie dwie takie interwencje - miało miejsce już ponad miesiąc temu, lecz niewiedza ludzka na temat otaczającej nas przyrody może przerażać. Zwłaszcza teraz, gdy wszelkie potrzebne informacje ma się dosłownie w zasięgu ręki - wystarczy sięgnąć po telefon.

- Za pierwszym razem zadzwoniła do nas kobieta i poprosiła, abyśmy zabrali z jej mieszkania jakieś dziwne, włochate pełzające stworzenie podobne do ślimaka, które pozostawia za sobą brązowe ślady na podłodze, a którego nawet kot się wystraszył - opisuje zgłoszenie Sławomir Łyczko, szef Mysikrólika. - Poprosiliśmy ją o wysłanie zdjęcia tego „potwora” i okazało się, że to gąsienica motyla - wyjaśnia.

Niedługo później do Mysikrólika zatelefonował kolejny bielszczanin informując o „nietypowym wężu”, jaki pojawił się w jego obejściu. I w tym przypadku - po weryfikacji nadesłanego zdjęcia - okazało się, że to gąsienica. W jednym przypadku była to gąsienica dość licznie występującego w naszym kraju motyla zmrocznika gładysza, w drugim przedstawiciela rzadkiego, chronionego gatunku postojak wiesiołkowiec.

Poinformowaliśmy te osoby, iż mają do czynienia z niegroźnymi owadami występującymi naturalnie w przyrodzie i można je bezpiecznie przenieść gdzieś do ogrodu a nasza interwencja w tej sytuacji jest niepotrzebna - tłumaczy Sławomir Łyczko dodając, że najczęściej ludzie mylą pospolite i niegroźne zaskrońce z jadowitymi żmijami. - Mamy mnóstwo takich interwencji a osoby, które do nas dzwonią, nawet gdy po weryfikacji okazuje się, że to nie żmija tylko zaskroniec i tak proszą, aby przyjechać i zabrać węża z ich ogrodu czy tarasu, bo się go boją. Wyjeżdżamy jednak tylko w sytuacjach kiedy takie zwierzę znalazło się w pułapce, z której nie może się samo wydostać lub jest ranne. W innych przypadkach tłumaczymy, że nie ma się czego bać a zaskroniec sam sobie pójdzie w swoją stronę - dodaje szef Mysikrólika.

Problem jest spory, bo coraz częściej dochodzi do takich sytuacji w związku z szybką urbanizacją terenów, które jeszcze do niedawna były „dzikie” i od zawsze żyły tam dzikie zwierzęta w tym gady, płazy i owady. Gdy słucha się takich opowieści można dojść do przekonania, że jeszcze trochę, a mieszkańcy zaczną wzywać na pomoc strażaków i inne służby, aby usunęli z ich mieszkania... niegroźnego pająka czy biedronke.

map

Zdjęcie: Mysikrólik