Mają dwudziestoletnią tradycję i na stałe wpisały się w letni kalendarz imprezowy Bielska-Białej. Oba wydarzenia po raz ostatni odbyły się przed pandemią i od tamtej pory słuch o nich zaginął. Mieszkańcy pytają, co stało się z kultowymi pokazami, a my sprawdzamy czy jest szansa na powrót Operacji Południe i Pikniku Lotniczego w Aleksandrowicach? Głównym problemem okazuje się brak funduszy i rosnące wymagania organizacyjne, ale pomysłodawcy imprez myślą o powrocie w 2024 roku. 

Ostatni raz piknik lotniczy na bielskim lotnisku odbył się pod koniec wakacji w 2019 roku. Po wielu latach w Aleksandrowicach zabrakło pokazów z udziałem Sił Powietrznych RP, z powodu awarii nie doleciała gwiazda imprezy Łukasz Czepiela, pilot Red Bull Air Race. Mogliśmy za to podziwiać m.in. pokazy akrobacji w wykonaniu grupy FireBirds, szybowca Perkoz i występ Macieja Pospieszyńskiego samolotem Extra 330.

Kolejne dni otwarte

Od tamtej pory pokazów lotniczych w Bielsku-Białej już nie było. Trzy i dwa lata temu wytłumaczeniem była pandemia koronawirusa, w zeszłym roku organizatorzy - Aeroklub Bielsko-Biała - tłumaczył się niepewną sytuację na początku roku, gdy sytuacja epidemiologiczna była jeszcze niepewna. W zamian zaproszono mieszkańców na tzw. dni otwarte, który zostały zorganizowane w trakcie świętowania 70. rocznicy połączenia Bielska i Białej. Równocześnie zapewniano nas, że tradycja organizacji pikniku nie została porzucona i czynione będą starania, by piknik lotniczy powrócił w 2023 roku. Na to się jednak nie zanosi.

- Planujemy zorganizować dni otwarte, prawdopodobnie we wrześniu - usłyszeliśmy w Aleksandrowicach, ale po szczegóły odesłano nas do dyrektor. Dzwoniliśmy dwukrotnie, ale za każdym była nieuchwytna i w końcu zapewniono nas, że gdy pojawi się, to oddzwoni. Tak się jednak nie stało. W tej sytuacji skontaktowaliśmy się z Jerzym Oślakiem, wieloletnim prezesem ABB, który w 2003 roku był współinicjatorem organizacji pikniku. Dziś jest na emeryturze, ale wydarzenia na lotnisku wciąż są mu bliskie.

- Początki imprezy, to spontaniczne działanie wspólnie z nieżyjącym Ludwikiem Stieberem, który działał w Bielskim Klubie Seniorów Lotnictwa. Początkowo mieliśmy organizować piknik co dwa lata i na początku tak było. Druga edycja odbyła się w 2005 roku, ale jak się wtedy udało ściągnąć Biało-Czerwone „Iskry”, to kolejna impreza odbyło się w następnym roku i tak pozostało. Do dziś odbyło się 16 edycji - wylicza.

Nikt nie przyleci za przysługę

Jak sam przyznaje, teraz organizacja takiego wydarzenia wiąże się ze spełnieniem znacznie bardziej rygorystycznych przepisów. - To jest biurokracja, konieczność uzyskania wielu zgód - wymienia Jerzy Oślak. Aeroklub w organizacji wydarzenia mógł liczyć na Ratusz, na plakatach miasto widniało jako współorganizator. - Dziś ta współpraca musi być jeszcze większa. Miasto dawało pieniądze, pomogło zorganizować barierki ochronne, zapewniło strażników miejskich w ramach ochrony, ale teraz bez wątpienia potrzebna byłaby dodatkowa pomoc w kwestiach organizacyjnych - wyjaśnia.

Jakie pieniądze są potrzebne na organizację pikniku lotniczego? Coraz większe wymagania mają piloci. - Kiedyś przylatywali na pokazy za paliwo, nocleg i kolację. Dziś trzeba zapłacić nawet 5 tys. euro, i to bez znaczenia czy piknik się odbędzie czy pogoda pokrzyżuje plany. To już nie te lata, że ktoś przyleci za przyjacielską przysługę. Nie przypominam sobie sytuacji, byśmy jako Aeroklub do imprezy kiedykolwiek dołożyli, mamy infrastrukturę o którą trzeba dbać, to są koszty i takie sytuacje nie mogły mieć miejsca. Nawet jak był rok, że lało i gastronomia ponosiła plajtę, to dogadywaliśmy się - mówi Jerzy Oślak.

Czy piknik w Aleksandrowicach jeszcze powróci? - Są plany, by wrócić w 2024 roku, oddelegowany do tego zadania został jeden z członków zarządu. Decyzję trzeba podjąć do końca tego roku, bo przygotowania, zakontraktowanie pilotów trwa i trzeba to zrobić z wyprzedzeniem. Nie można zmarnować tej tradycji, bo impreza zapadła w pamięci mieszkańców. Przez tych kilkanaście lat nad lotniskiem przeleciało wiele maszyn, uznanych pilotów, czeskie grupy konstrukcyjnie, rumuńskie czy niemiecki zespoły akrobacyjne. Dzięki współpracy z wojskiem przylatywały do nas Iskry, Orliki, F-16 czy MiG-29 - wymienia były prezes, który przyznaje, że z udziałem Sił Powietrznych RP zawsze był problem. - Jak jednego roku przyleciały myśliwce, a potem wojsko nam odmówiło, to potem był zawód i rozczarowanie wśród mieszkańców.

Problemem brak kasy

Innym popularnym wydarzeniem, które po wielu latach zniknęło z letniego kalendarza imprez plenerowych jest Operacja Południe. Wydarzenie po raz ostatni odbyło się przed pandemią w 2019 roku. Tradycyjnie międzynarodowy zlot miłośników militariów trwał trzy dni. Pierwszego dnia do tzw. bazy zlotu przybywali uczestnicy i pojazdy wojskowe. W drugi dzień odbywała się parada przejeżdżająca przez centrum Bielska-Białej, która oficjalnie rozpoczynała wydarzenie. Po powrocie do bazy zlotu, odbywały się pokazy dynamiczne i prezentacje pojazdów wojskowych, inscenizacje historyczne oraz wystawy.

W trakcie ostatniej edycji wśród prezentowanych pojazdów największe emocje wzbudzały czołgi, m.in.: M4 Sherman, M3 Stuart, T34-85, T-55, pojazd gąsienicowy BWP-1, półgąsienicowy transporter opancerzony Sd.Kfz 250 czy wojskowy samochód terenowy GAZ-69M. Skontaktowaliśmy się z organizatorem zlotu Rafałem Bierem, by zapytać czy wydarzenie jeszcze powróci. - Mieliśmy przerwę związaną z pandemią, potem rok wojny i sytuacja nie jest lepsza. Samorządy nie mają pieniędzy, by wesprzeć tego typu działania, mniej jest firm gotowych do reklamowania. Nawet duże spółki, które z nami działały, mają ograniczone fundusze na sponsoring. Wojna spowodowała wzrost kosztów, paliwa, każdy patrzy z czego żyje - tłumaczy.

Jeśli wrócą, to na ZIAD

Pomysłodawca Operacji Południe przyznaje, że główne koszty imprezy to paliwo i transport, budżet wydarzenia to ok. 150 tys. zł. - Na miejscu w Bielsku-Białej mamy swoje eksponaty, ale posiłkujemy się sprzętem z Polski. Pojazdy gąsienicowe, ciężkie, które najbardziej interesują nas i publiczność przyjeżdżając do nas robią ok. 300-400 km w jedną stronę. To generuje koszty. Jesteśmy międzynarodowym zlotem i żeby zrobić dobrą imprezę musi być ciekawie, impreza zawsze odbyła się z dużym rozmachem. Musimy mieć czym przyciągnąć kolekcjonerów oraz publiczność. Operacja musi prezentować sprzęt ciężki i historyczny, jeśli my nie jesteśmy w stanie tego zagwarantować, to nie ma sensu robić tej imprezy.

Czy jest szansa, że wydarzenie powróci w 2024 roku? - Jest, bo ściągnąłem kolejne eksponaty i zostawiam je z myślą o przyszłym roku. Jeśli wrócimy, będą środki, to wydarzenie odbędzie się w lipcu. Wtedy nawet jak nam doleje, to jest ciepło. Wrześniowy termin pojawił się w ostatnich latach po naciskach władze miasta, ale pogoda w tym terminie jest niepewna i już robi się chłodno - zapewnia Rafał Bier.

Wzorem ostatniego wydarzenia jako baza zlotu rozpatrywany jest teren ZIAD, ze względów logistycznych impreza nie powróci na Błonia. Kto spragniony jest pokazów wojskowych może w dniach 21-28 sierpnia wybrać się na Hel. - Od lat organizujemy tam imprezę historyczną, ale o innym charakterze niż Operacja Południe, to rekonstrukcja lądowania w Normandii. Będzie dużo sprzętu wojskowego - dodaje.

Bartłomiej Kawalec
[email protected]