Fotografował ważne wydarzenia w dziejach Bielska-Białej. 4 mln zdjęć trafi na śmietnik?
W krajach z funkcjonującymi rynkami dzieł sztuki, na sprzedaży rozbudowanych archiwów fotograficznych sprzed kilkudziesięciu lat można zarobić fortunę. W Polsce zdarzają się sytuacje, kiedy po śmierci autora jego bezcenny dorobek i archiwa lądują na śmietniku. Znany bielsko fotograf obawia się, że i jego dorobek życia oraz przepastne archiwa o ogromnej historycznej wartości mogą skończyć tak samo. W jednym pokoju trzyma fotograficzny dorobek swojego życia.
Wojciech Gorgolewski swoją przygodę z fotografią lotniczą rozpoczął jako pracownik Szybowcowych Zakładów Doświadczalnych. Zajmowały się konstruowaniem i produkcją szybowców. "Gorgol" był jednym z pierwszych fotografów lotniczych. Władze PRL niechętne były fotografowaniu z powietrza w dobie antyszpiegowskiej paranoi i kraju usianym wojskowymi jednostkami nie tylko polskiego wojska.
Wykorzystał dostęp samolotów
Gorgolewski jako pracownik zakładów szybowcowych jako jeden z pierwszych w kraju otrzymał pozwolenie na wykonywanie zdjęć z powietrza. Wpierw nad Bielskiem-Białą, ale z czasem jego praca potrzebna była w coraz nowych regionach Polski. Gorgolewski fotografował nie tylko z powietrza. Zdjęcia zaczął robić już w latach 60. Był także reporterem, wykonywał m.in. zdjęcia płonącej rafinerii w Czechowicach-Dziedzicach, zdjęcia z wizyty Jana Pawła II w Krakowie w 1991 roku, koncert Michaela Jacksona, liczne wizyty prezydentów Polski a także prezydenta USA Georga Busha. W całym kraju znany jest jako fotograf lotniczy.

Jego liczne przyjaźnie i znajomości, będące efektem tytanicznej pracy nie tylko na Podbeskidziu. W czasie swojej kariery Gorgolewski wykonywał zdjęcia nie tylko w Bielsku-Białej. Od lat 60. podróżował i latał z aparatami po całej Polsce. Od Szczecina do Ustrzyk Dolnych. Fotografował też Warszawę, Kraków, Katowice, Wrocław, Poznań, Trójmiasto, Kielce. Mniejszych miast nie sposób wyliczyć. Jego archiwum jest ogromną lotniczą panoramą kilkudziesięciu lat historii Polski i jej miast. Wojciech Gorgolewski łącznie przez ponad 50 lat pracy spędził 9 tys. godzin w powietrzu. Miał szczęście, że brał udział tylko w jednym niegroźnym wypadku. To ogromna ilość czasu. Same koszty najmu samolotów przez taki czas to ponad 5 mln zł (równowartość w dzisiejszych złotówkach). Kilka lat temu zaczęły się poważne problemy zdrowotne.
Napadnięty w centrum miasta
Został napadnięty i okradziony w biały dzień koło sali NOT. Otrzymał znienacka cios w twarz i przewracając się uderzył tyłem głowy o beton łamiąc podstawę czaszki i odnosząc ciężkie obrażenia. Po długiej rehabilitacji doszedł do siebie, ale ciągną się za nim liczne problemy zdrowotne. Zmuszony był do zaprzestania pracy fotografa, którą dorabiał do emerytury. Dzisiaj fotografuje tylko smartfonem i zamiast unosić się pod chmurami, zmaga się z przyziemnymi problemami polskiego emeryta.
Na wynajem mieszkania oraz rachunki wydaje więcej niż wynosi jego emerytura. Jeszcze tylko dzięki finansowej pomocy przyjaciół-lotników starcza mu na chleb. Mieszka w niewielkim mieszkaniu z widokiem na lotnisko w bielskich Aleksandrowicach. Jeden z dwóch pokojów zajmuje archiwum fotograficzne obejmujące ponad 4 mln fotografii. Zdjęć lotniczych, ale także wykonanych z ziemi.
Chętnie zmieniłby dwupokojowe mieszkanie na mniejszą kawalerkę. Niestety, wymagałoby to wyrzucenia znacznej części bezcennych pod względem historycznym zbiorów. Nikt nie wyraził zainteresowania na ich nabycie lub chociaż udostępnienie miejsca, gdzie mogłyby być przechowywane pod kontrolą autora. Szafy pełne negatywów i odbitek zajmują prawie całe jedno pomieszczenie. W tym wąskim pokoju Wojciech Gorgolewski wygospodarował miejsce na biurko z komputerem i skanerem.
Nie ma chętnych na jego archiwa
Kilkanaście dysków zawiera część zdjęć w formie cyfrowej, ale większość istnieje tylko w formie negatywów. Zeskanowanie wszystkich byłoby gigantyczną pracą. Wśród pudeł ze zdjęciami leżą pamiątki lotnicze, książki,a na szafach stoją stare aparaty do fotografii lotniczej oraz antyramy z dużymi odbitkami. W Internecie drobną część jego dorobku można oglądnąć na stronie www.gorpol.pl.
Fotograf już kilkanaście lat temu próbował zainteresować swoimi zbiorami Archiwum Państwowe. Za sprawą paraliżu decyzyjnego i karuzel kadrowych nie padły w tej sprawie żadne decyzje czy sensowne propozycje. Również magistrat nie wyraził zainteresowania nabyciem praw do zbiorów czy pomocą w zapewnieniu im odpowiedniej opieki. Inne miasta też milczą. Rozczarowany Gorgolewski zwrócił na to uwagę gorzkimi słowami w mediach społecznościowych, ilustrując je archiwalnym zdjęciem ulicy Wałowej i terenów pod dzisiejszą Sferą, wykonanymi z samolotu: - Troszkę Bielska-Białej we wspomnieniach, bo to mi pozostało. Urodziłem się w Bielsku-Białej. Od maluśkiego fotografowałem aparatem BabyBox, a później wieloma aparatami z najwyższej półki. Mam prawie cztery miliony zdjęć w archiwum. Nikt z władz miasta i nie tylko nie wykazuje zainteresowania moim archiwum. Pamiętam historię mojego nauczyciela, Przyjaciela Henryka Urbańczyka, fotoreportera wielu czasopism, tysiące zdjęć, zmarł i wszystko do śmietnika!
xxx
Urząd Miejski w Bielsku-Białej był zainteresowany nabyciem części zdjęć z kolekcji Wojciecha Gorgolewskiego. Rozmowy w tej sprawie były prowadzone dwa lata temu. Do sprawy powrócimy.
Piotr Bieniecki
[email protected]

Oceń artykuł:
109 12Galeria:
Komentarze 56
Kto zna tego pana ten wie.
Ja jako nastolatek, jeszcze w latach ’80, zostałem w środku dnia (była to chyba sobota koło południa) pobity i okradziony przez pijaków pod „Delikatesami” w tej okolicy, żaden z licznych katolików przechodzących tam wtedy nie zareagował, milicja też nie była chętna do interwencji, choć też żule kręciły się tam jeszcze przez jakiś czas.
Z mojego punktu widzenia teraz jest więc bezpieczniej, choć rzeczywiście, obecnie też nie brak w centrum agresywnych żebraków, a policja czy straż miejska nic z tym nie robią...
Pomieszanie zdjęć dobrych, że słabymi, wrzucone świadomie wraz z wrzuconymi tak na szybko...
Nikt nie zrobi za nas spójnego przekazu naszego życia, jak wspaniałe by nie było, musimy sami zadbać by to było spięte w całość, zwłaszcza jeśli ma być opowiedziane innym.
Nieraz nawet te spięte w jakies dzieło znikają, ale te chaotyczne to już najczęściej lądują... właśnie jak w tytule.
I niestety to wina bardo często twórcy.
Nie wiem tylko, czy przyjmują negatywy, ale być może tak, albo przynajmniej skany, tutaj jest nawet wydruk z drukarki komputerowej: https://zbiory.mufo.krakow.pl/card/mhf-12806-ii/ . Proszę też zwrócić uwagę na metadane, jak datę i miejsce powstania, każda fotografia powinna to zawierać.
Na przykładzie tej fotografii Andrzeja Baturo warto zauważyć, że ma ona wysoką wartość artystyczną, ma ciekawą kompozycję, jest też dowcipna albo i przerażająca. Po prostu on był nie tylko fotografem, ale fotografikiem...
Dobrze byłoby mieć kogoś znajomego kto dysponuje "przemyspowym" skanerem do negatywów. Zlecić mu to w ramach "pół-społecznej pracy"...zrzutkę zrobić na koszty dla takiego gościa który by to zrobił po kosztach "prąd, itp)
Zapytać kogoś takiego jak właściciel VIDEO-RAJ...może by się podjął i pomógł.
Ale po co?
Pan Gorgolewski pewnie ma skaner do negatywów, co najmniej taki, do którego wkłada się kawałek filmu, może i taki, do którego można włożyć kilka fragmentów. Ale przecież nie w skanowaniu jest problem, choć dobrze byłoby to zrobić profesjonalnie na sprzęcie najwyższej jakości.
Najlepszy skaner nie zmieni tego, że zeskanowanie 4 milionów zdjęć jest wielką pracą, nie ma chyba takich skanerów przemysłowych, które by zdejmowały z półki segregator, otwierały go, wyciągały fragmenty filmu z koszulki, a po zeskanowaniu odkładały na miejsce. ;) Ale to nie wszystko, taki robot ze sztuczną inteligencją musiałby jeszcze każde zdjęcie opisać, bo przecież digitalizacja to nie tylko skanowanie, zdjęcie bez metadanych jest bezwartościowe.
A przede wszystkim: po co w ogóle chciałbyś skanować te miliony zdjęć? Żeby sobie leżały na dysku? Przecież to bez sensu, ostatnim etapem digitalizacji, po kontroli jakości, powinno być udostępnienie zbiorów, współcześnie oczywiście raczej internetowe. Kto byłby zainteresowany przeglądaniem milionów zdjęć? I jeszcze raz: aby móc je przeglądać, musiałaby istnieć możliwość wyszukiwania, czyli metadane musiałyby je dokładnie opisywać.
Dlatego właśnie pisaliśmy tu o Narodowym Archiwum Cyfrowym, tam są specjaliści, którzy dbają, by digitalizowana fotografia była opatrzona odpowiednimi metadanymi, mają najwyższej klasy sprzęt i dbają o jakość. Jednocześnie mają infrastrukturę informatyczną umożliwiającą zabezpieczenie i udostępnienie kopii cyfrowych.
Pewnie kilka tysięcy zdjęć pana Gorgolewskiego powinno się w NAC znaleźć, ale nie 4 miliony! Nawet przy 50 latach pracy daje to ponad 200 zdjęć dziennie, nikt nie robi dziennie 200 zdjęć wartościowych na tyle, by je archiwizować, raczej jedno na tydzień...
Niestety pana Gorgolewskiego interesuje „ich [jak rozumiem — całych zbiorów] nabycie lub chociaż udostępnienie miejsca, gdzie mogłyby być przechowywane pod kontrolą autora”, tymczasem większość to po prostu rodzaj odpadów powstałych podczas działalności gospodarczej, które przedsiębiorca powinien utylizować na bieżąco. Rozumiem sentyment do każdej własnoręcznie naświetlonej klatki, ale to jest ważne najwyżej dla autora... I jeszcze to bezczelne „pod kontrolą autora” — przy takim podejściu nie jest dziwne, że nie ma chętnych do współpracy. A szkoda.
Kali kraść dobrze, Kalemu, bardzo niedobrze?
Powtarzasz bzdury z prostego przekazu szczujni dla kretynów, popierających największych szkodników w historii narodu!
Na szczęście dawno nie było wojny, więc dużo rzeczy zachowuje. Umiera bardzo wiele wartościowych ludzi. Zostawiają zdjęcia, kolekcje. Co z tym robić?
Jest tego dużo, zachowanie takich kolekcji wymaga czasu, miejsca, pasjonata, albo etatów. Prawda jest smutna. Trzeba wybrać to co najcenniejsze i niestety musi to zrobić autor za życia.
Czyli po mojemu oczekiwana kwota za archiwum jest na poziomie 0,5 mln zł. Mylę się?




Klauzula informacyjna ›