Do nieprzyjemnej sytuacji doszło w prowadzonym przez MOPS w Bielsku-Białej ośrodku dla uchodźców. Długotrwały konflikt pracowniczy doprowadził do utraty pracy przez jedną z opiekunek. Zarzewiem konfliktu było m.in. nagrywanie filmików, które trafiały na TikToka, ale zarzutów pod adresem byłej współpracownicy jest więcej. Młoda kobieta broni się, że w ośrodku przy ul. Filarowej panuje nepotyzm i kolesiostwo. - Byłam piętnowana ze względu na wszystko - mówi.

Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Bielsku-Białej od lutego pomaga uchodźcom z Ukrainy nadzorując budynek przy ul. Filarowej. Zatrudnionych jest tam obecnie kilkoro pracowników - część oddelegowanych z MOPS, inni pracują na umowach zlecenie. Większość osób jest tutaj od samego początku. Początkowo jako wolontariusze, dziś zatrudnieni na dwu-trzymiesięczne umowy.

Umowa nie została przedłużona

Jedną z takich osób była Sabina Kuch, która znana jest ze swojej działalności społecznej. Wcześniej pracowała w noclegowni dla bezdomnych, kilka miesięcy temu została tymczasowym opiekunem prawnym 16-letniej Ukrainki. Jest aktywna w mediach społecznościowych. To ostatnie stało się jedną z przyczyn pożegnania Sabiny z ośrodkiem na Filarowej. Z końcem grudnia nie przedłużono jej umowy. Jako powód wskazano to, że pozostali współpracownicy nie chcą dłużej z nią pracować.

- Powiedziano mi, że nie zostanie ze mną podpisana umowa na kolejny okres, ponieważ nikt nie chce ze mną współpracować. Zawsze miałam dobry kontakt ze współpracownikami. Nie mam pojęcia dlaczego twierdzili, że źle się ze mną pracuje. Wcześniej pracowałam w ośrodku dla bezdomnych, jak tylko wybuchła wojna i zapadła decyzja żeby ten ośrodek powstał to pani Małgorzata (koordynator obiektu - red.) sama do mnie zadzwoniła wiedząc jakim jestem pracownikiem i zaproponowała pracę. Zauważyłam, że z czasem zaczęto pozbywać się pracowników, którzy tworzyli ten ośrodek od początku i zaczęło się robić naprawdę nieciekawie. Teraz zostałam na lodzie, bez żadnych środków. Muszę szukać nowej pracy, w sytuacji, gdzie adoptowałam kilka miesięcy temu 16-letnią dziewczynę - mówi Sabina Kuch.

Małgorzata Ficner, koordynator ośrodka, jest zdania, że to Sabina z upływem czasu zaczęła psuć atmosferę w zespole. - Współpraca przebiegała poprawnie, później zaczęły docierać do mnie informacje, że współpracownicy nie czują się dobrze pracując razem z nią. Mówiono m.in. o filmikach, które nagrywała także na terenie obiektu. Na jednym z nich nazywała się „ofiarą biurokracji”, mówiła o kolesiostwie, nepotyzmie. Chodziło o to, że nie dostała odpowiedniej ilości godzin. Można było wywnioskować, że ma na myśli MOPS. Współpracownicy zaczęli się obawiać, że dziewczyna ich nagra i trafią do internetu.

 

@sabina_kuch A ty z czym zmagasz się w pracy? #work ♬ dźwięk oryginalny - Sabcia

 

Nie rozstawała się z telefonem

Nagrywanie filmów potwierdzają inni pracownicy z Filarowej. - Cały czas chodziła z nieodłącznym telefonem w ręku. Nie wiedzieliśmy, czy nas nie nagrywa. Na TikToku było wiele filmików z obiektu. Często zamykała się w pokoju i w sytuacji jak potrzeba było coś z niego zabrać, np. termometr trzeba było czekać aż skończy live’a żeby przypadkiem nie wejść w kadr - mówi anonimowo jedna ze współpracownic. Inna twierdzi, że działanie Sabiny było podszyte chęcią zaistnienia. - Wszystkim co robiła chwaliła się w mediach społecznościowych. Na niektórych filmach znajdowały się wizerunki dzieci uchodźców, oczywiście bez zgody ich rodziców. Wykorzystywała pracę w ośrodku do nabijania lajków. Nagrywała w nocy na korytarzu. Mieszkańcy bali się iść do toalety, żeby nie zostać nagranym - dodaje.

Z zarzutami dotyczącymi filmików w zupełności nie zgadza się Sabina Kuch. O skargach współpracowników miała dowiedzieć się dopiero po niedawnym zebraniu, w którym uczestniczyła cała załoga Filarowej, łącznie z dyrektor MOPS Agnieszką Moroń - Było zebranie z panią dyrektor, na którym nie mogłam być i dowiedziałam się - co jest dla mnie zupełnie śmieszne, że na tym zebraniu oglądano moje tik toki, czyli coś co ja robię w czasie prywatnym. Podobno ludziom nie pasowało, że ja sobie je nagrywam. To jest mój czas wolny, nikogo nie powinno to interesować. Nie zamieszczałam tam żadnych treści nieodpowiednich. Nie potrafię zrozumieć dlaczego na zebraniu z dyrekcją oglądano moje TikToki. Nawet jeśli mieli problem do tego to powinni przyjść i powiedzieć mi to personalnie. Uważam to za mobbing - mówi.

 

@sabina_kuch A jak ty uważasz? #mobbing #stop #dc ♬ dźwięk oryginalny - Sabcia

 

Na przerwie mogę robić co chcę

24-latka twierdzi, że filmów w pracy nie nagrywała. - Nawet jeśli, to w czasie pracy przysługuje przerwa i faktycznie być może ze dwa TikToki były nagrane w pracy. Na jednym pokazuje, że dzieci przyniosły mi drożdżówki. Drugi był taki, na którym pokazywałam jak funkcjonuje taki ośrodek. Ale tak jak mówię, w pracy przysługuje coś takiego jak przerwa i na przerwie mogę robić na co mam ochotę. Dziewczyna zaprzecza, jakoby miała kogoś nagrywać wbrew jego woli. - Dbam o coś takiego czym na przykład są dane wrażliwe, nie było tam pokazanych żadnych dokumentów, danych osobowych, a to że nagrałam sobie jakieś drożdżówki, to co jest w tym złego? Dbałam o to żeby nie było widać żadnych twarzy, jestem na to wyczulona, wiem że pokazywanie czyjejś twarzy nie jest dozwolone bez zgody - mówi.

Zakończenie współpracy z Sabiną miało nie być oparte tylko na kwestii nagrywanych filmów. - Bywało różnie. Na początku wydawała się „życiowa”. Później zdałam sobie sprawę, że robi więcej szumu niż pożytku. Każdy kto z nią współpracował wiedział, że na nocnej zmianie o godzinie 22 zamykała się w pokoju i szła spać. Nigdy nie było z jej strony szczególnej inicjatywy. Większości z nas na pewno przeszkadzała. Psuła atmosferę w zespole. Mówiła o nepotyzmie i kolesiostwie a sama została zatrudniona po znajomości. Nie raz kłóciła się z nami o godziny - wspomina współpracownica bielszczanki.

"Piętnowali mnie za hobby"

O tym, że Sabina miała spać w czasie dyżurów, dowiedzieli się koordynatorzy. - Zaczęłam podejrzewać, że śpi na dyżurach. Podobnie miała się sprawa z nocowaniem jej tymczasowej podopiecznej na obiekcie. Nie było na to zgody, a zdarzało się to notorycznie. Kilkukrotnie w trakcie współpracy Sabina nie zgłosiła się też na wyznaczony dyżur, a pracę za nią wykonywała jej mama. Nie informowała nikogo o zamianie. Pomimo rozmów nie było poprawy - mówi kierownik Ficner. Po rozmowach z 24-latką sporządzane były notatki. Nocowanie podopiecznej na obiekcie miało nie podobać się uchodźcom, których odwiedzali bliscy czy mężowie, którzy co do zasady zostawać na noc nie mogli.

Wśród zarzutów pojawiały się także argumenty, że nie integruje się z zespołem, a w pracy siedzi w telefonie i nagrywa filmy. Sabina Kuch uważa jednak, że to ona była tutaj ofiarą. - Byłam piętnowana ze względu na wszystko. Raz spóźniłam się do pracy 4 minuty i miałam rozmowę na temat tego, że nie zostanie mi przedłużona umowa. Mówiłam kierowniczce, że uważam, że to co się dzieje w stosunku do mnie za mobbing, otrzymaliśmy nawet materiały dotyczące tego czym jest mobbing i dokładnie sprawdziło się choćby to, że byłam odseparowana od grupy. Kiedyś była sytuacja, że postanowili pracowniczo wyjechać w Tatry na trzy dni, ja zostałam wtedy wpisana na 36 godzinną zmianę do pracy żeby cała reszta mogła jechać. Piętnowali mnie za to co robię w wolnym czasie. Za moje hobby, za nagrywanie TikToków - mówi.

Negatywny wpływ na grupę

Sabina przeczuwała, że straci pracę w ośrodku. W listopadzie umowę przedłużono tylko o miesiąc. Ostateczna decyzja zapadła w grudniu w czasie zebrania wszystkich pracowników, poza Sabiną. - Na zebraniu wszyscy współpracownicy, poza jedną osobą, zgodnie potwierdzili, że nie wyobrażają sobie dalszej współpracy z Sabiną. Ze względu na dobro zespołu, decyzją dyrektora MOPS nie zaproponowano Sabinie kolejnej umowy zlecenia. Jej postawa wpływała negatywnie na chęć do pracy, a przecież wszyscy przyszliśmy tutaj żeby pomagać innym - mówi kierownik Ficner.

Ze sprawą nie może pogodzić się 24-latka, która zapowiada, że z pewnością jej nie zostawi. - Jestem naprawdę osobą prospołeczną, raczej lubianą i zawsze się we wszystko angażuję, więc tym bardziej tego nie rozumiem. Ja czułam się po prostu źle psychicznie pracując tam, mimo że praca z tymi dzieciakami dawała mi dużo spełnienia. Zostałam potraktowana bardzo niefajnie. Bardzo mnie to zabolało - mówi.

O sprawę chcieliśmy zapytać dyrektor MOPS Agnieszkę Moroń, ale przebywa obecnie na urlopie.

Adam Kanik
[email protected]