Pomimo ostrego bólu u nieletniego dyspozytor odmówił wysłania karetki, zalecając przyjazd taksówką. Pomogła dopiero interwencja straży miejskiej. - Syn wymiotował i płakał z bólu - relacjonuje rozżalony bielszczanin.

- Partnerka pierwszy raz wybrała nr 112 o godz. 1.30. Dyspozytor numeru alarmowego przeprowadził z nią wywiad, następnie połączył z dyspozytorem pogotowia ratunkowego w Bielsku Białej - relacjonuje pan Tomasz. Po przeprowadzeniu wywiadu dyspozytor miał stwierdzić, że karetka nie przyjedzie i najlepiej, by partnerka pana Tomasza zorganizowała sobie transport do szpitala pediatrycznego.

- Gdy to usłyszałem, sam wybrałem ponownie nr 112. Usłyszałem to samo, co moja partnerka - że mamy sobie z dzieckiem przyjechać we własnym zakresie, bo karetka do dziecka nie wyjedzie. Syn zaczął wymiotować i płakać z bólu, że on już tego nie wytrzyma - dodaje bielszczanin, który w tej sytuacji postanowił szukać pomocy… u straży miejskiej. Skutecznie.

Karetka przyjechała na miejsce około 02:30. - Czas, który minął od od pierwszego telefonu to prawie godzina. Pasierb miał zrobione badania na cito i potwierdziła się diagnoza ratowników, czyli zapalenie wyrostka robaczkowego - twierdzi pan Tomasz. Dodaje, że to nie pierwsza taka sytuacja w jego życiu. Kiedyś sam potrzebował pomocy i również musiał prosić o nią straż miejską. Pytany o sprawę dyrektor pogotowia przypomina, że dyspozytorzy nie są pracownikami pogotowia, podlegają pod urząd wojewódzki. W katowickim urzędzie poinformowano nas, że wszczęto postępowanie sprawdzające w tej sprawie.

Więcej na ten temat można przeczytać w „Kronice Beskidzkiej”. Nowe wydanie lokalnego tygodnika ukaże się w czwartek. E-wydanie można kupić TUTAJ.

ak