Sweter, ochraniacze i czapka. Nie było nawet dokładnych map
- Z GOPR-u dostawaliśmy tylko charakterystyczny bordowy sweter, ochraniacze na buty oraz czapkę. Resztę trzeba było mieć własną - mówi Szymon Malinowski, który prawie 40 lat był czynnym ratownikiem górskim, przez wiele lat pełnił funkcję prezesa zarządu Grupy Beskidzkiej GOPR.
Kiedy zostałeś ratownikiem górskim?
- Ślubowanie złożyłem w 1986 roku w schronisku na Błatniej. Przyjmował je ówczesny naczelnik Grupy Beskidzkiej, nieżyjący już Adam Kubala, człowiek-legenda. Razem ze mną złożyło je jeszcze kilku moich kolegów, m. in. Janusz Szeja, wieloletni kierownik schroniska na Szyndzielni.
Wcześniej miałeś jakiś kontakt z górami?
- Oczywiście. Beskidy poznawałem z rodzicami już jako dziecko. Później, w szkole średniej, zapisałem się do Klubu Wysokogórskiego. Nie miałem jeszcze 18 lat i musieli na to wyrazić zgodę moi rodzice. Na studiach zdobyłem uprawnienia przewodnika beskidzkiego i tatrzańskiego. Można powiedzieć, że góry były obecne w moim życiu od zawsze.
Trudno było w tamtym czasie zostać goprowcem?
- Trzeba było zdać egzamin kandydacki z umiejętności jazdy na nartach na poziomie pomocnika instruktora narciarstwa oraz ze znajomości topografii Beskidów. Każdy ratownik musiał znać góry jak własną kieszeń. Nie było GPS-ów, telefonów komórkowych ani nawet dokładnych map (…). Gdy panowały trudne warunki, jedyną pomocą był kompas. Pamiętam, jak podczas jednej z zimowych akcji na Pilsku, gdzieś na początku lat 90., musieliśmy dosłownie co kilka kroków sprawdzać na kompasie kierunek marszu, aby nie zabłądzić i dotrzeć na miejsce zbiórki.
Całą rozmowę z Szymonem Malinowskim można przeczytać w nowym numerze „Kroniki Beskidzkiej”. Świąteczne wydanie lokalnego tygodnika trafi do sprzedaży już w środę, 21 grudnia.
bb
Na zdjęciu: zjazd z Szerokiego Upłazu z Małej Babiej. Od lewej: Szymon Malinowski, Adam Kubala, Edek Hudziak. Fot. Wiesław Miech
Oceń artykuł:
13 1
Klauzula informacyjna ›