Bielsko-Biała jest miastem 15-minutowym? Do tego dążą zachodnie metropolie
W środowy wieczór w klubokawiarni Aquarium odbyło się spotkanie z Janem Mencwelem, autorem książki "Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta", publicystą i aktywistą warszawskiej organizacji "Miasto Jest Nasze". Autor opowiedział o opisanych w książce problemach polskich miast oraz rozmawiał z bielszczanami o lokalnych sprawach. - Ja na miejscu mieszkańców bym tak tego nie zostawił. To jest ewidentne niedopełnienie obowiązków, a na to jest paragraf. Być może niewiele da się zrobić, ale ewidentnie w tej sprawie władze miasta nie stanęły na straży dobra publicznego - nie gryzł się w język, odnosząc się do inwestycji na Sarnim Stoku.
W środę po południu klubokawiarnia Aquarium zapełniła się po brzegi słuchaczami, którzy ciekawi byli, jaką diagnozę postawi Bielsku-Białej Jan Mencwel, autor książki pt. „Betonoza. Jak się niszczy polskie miasta”. Trzeba zaznaczyć, że pan Jan nie przyjechał do nas w roli znachora, aby dowodzić, na ile stolica Podbeskidzia zalana jest betonem, a na ile powinna być bardziej zielona. Wręcz przeciwnie. Zdaniem twórcy warszawskiej organizacji „Miasto jest Nasze”, Bielsko-Biała ma ogromny potencjał i tylko od jego mieszkańców zależy, w jakim kierunku podąży. Mencwel twierdzi zwyczajnie, że nie jest u nas tak źle.
Łączy w sobie wszystkie zalety miasta
Do zalet naszego miasta należą, jego zdaniem, zachowana historyczna tkanka urbanistyczna, zwarta i różnorodna zabudowa oraz to, że z każdego miejsca wszędzie można dojść spacerem, co wpisuje się w koncepcję miasta 15-minutowego, do czego dążą teraz zachodnie metropolie. Z minusów zaś wymienia przede wszystkim hałas generowany przez główną arterię - ul. 3 Maja, a także mało wykorzystany potencjał rzeki płynącej w sercu miejscowości. - Bielsko-Biała łączy w sobie wszystkie zalety miasta. Ma idealną wielkość, proporcje, wszystko jest pod ręką. Przyszłość należy właśnie do takich mniejszych miast - mówi.
Korzystając z przywileju patrona medialnego, przed spotkaniem w Aquarium dziennikarzowi portalu udało się spotkać z autorem książki w plenerach Rynku, który przez wielu bielszczan uznawany jest za przykład lokalnej „betonozy”. Jak zapewne pamiętają starsi Czytelnicy, dawny plac ZWM w Bielsku-Białej był zielony. Obecnie praktycznie tyle samo osób chciałoby powrotu zieleni, ile jest zadowolonych z przebudowy. Koronnym argumentem tych drugich jest to, że wówczas Rynek opanowany był przez margines społeczny.
- Zawsze pamięta się złą stronę. W dzisiejszych warunkach zielony Rynek byłby świetną sprawą. Trzeba pamiętać, że lata 90. były dosyć biednymi czasami, być może brakowało środków, żeby odpowiednio wtedy o miejski skwer zadbać. Dziś z pewnością lepiej byśmy to zrobili. Zieleń w przestrzeniach miejskich tworzy mikroklimat, który przyciąga mieszkańców. Żeby ludzie chcieli mieszkać w śródmieściu, trzeba dać im odpowiednią ilość zieleni. Bielsko-Biała ma super warunki, mogłoby być prekursorem i stanowić przykład dla innych miast - nie wątpi nasz rozmówca.
Często na blokowiskach żyje się lepiej
Na Rynku zapytaliśmy warszawskiego aktywistę, jak rozumieć filozofię władz miasta, kiedy z jednej strony na przebudowywanym placu Wojska Polskiego nasadzane są dorosłe drzewa, z drugiej zaś wydawana jest zgoda na inwestycję na Sarnim Stoku, gdzie pod topór idzie wiele drzew. - Podobne zjawiska mają miejsce w całej Polsce. Niestety, ta gorączka złota to dla deweloperów świetny biznes. W interesie mieszkańców jest, żeby tego typu inwestycje w jak największym stopniu okroić, bo inaczej wszystko będzie stracone - odpowiada Jan Mencwel. - To nie jest tak, że zasadzimy kilka drzew w jednym miejscu i dzięki temu mamy prawo wyciąć setki gdzie indziej. Na szczęście dostęp do terenów zielonych jest coraz częściej jednym z wyznaczników przyjaznego miasta. Ludzie mają tego świadomość i prędzej czy później rozliczą swoją władzę z takich działań - dodaje.
Zdaniem autora książki o betonozie, jednym z największych problemów Bielska-Białej, podobnie jak innych polskich miast, jest odpływ ludności na przedmieścia. Centrum wyludnia się. Pytania, jak zatrzymać to zjawisko padały z sali klubokawiarni. - Gdybyśmy spojrzeli na centrum miasta jako nie na miejsce reprezentacyjne, gdzie chcielibyśmy, aby raz na rok odbył się koncert czy festyn, tylko chcemy, żeby tam się dobrze żyło na co dzień, to musimy spojrzeć na te wszystkie rzeczy, które decydują o tym, że to dzisiaj nie działa. Często jest tak, że na blokowiskach żyje się lepiej chociażby dlatego, że jest tam dużo zieleni, bo urbaniści z czasów PRL przy wszystkich swoich wadach pamiętali, że ludziom do życia potrzebna jest zieleń - przekonuje Mencwel.
Aktywista warszawskiej organizacji "Miasto Jest Nasze" uważa, że jednym ze sposobów przyciągnięcia mieszkańców, a co za tym idzie, także i inwestorów do centrum miasta jest efekt odwrotny od „betonozy”, czyli inwestycja w zieleń miejską. - Inwestycja w zieleń w przestrzeniach miejskich nie ma strat. Owszem, może zasadzenie szpaleru drzew generuje nieco wyższe koszty, na koniec jednak wszyscy zyskują i wszyscy są zadowoleni. Musimy przede wszystkim zadbać o to, co już mamy. Betonowanie istniejących drzew nie ma sensu. Mało opłacalne jest też przywożenie bardzo drogich sadzonek z różnych zakątków świata. Lepiej zainwestować w istniejącą zieleń. Każde wycięte drzewo jest porażką lokalnych władz - tłumaczy.
Daliby się zabić, żeby mieć takie tereny
Na spotkaniu w Aquarium obecni byli przedstawiciele Urzędu Miejskiego, środowisk ekologicznych oraz miłośnicy przyrody. Można było się więc spodziewać, że prędzej czy później poruszony zostanie gorący temat inwestycji na Sarnim Stoku. - To co mnie szokuje w tej sprawie to to, że wydano pozwolenie na budowę w tym miejscu i to w takiej skali. Wiele samorządów dałoby się zabić, żeby takie tereny - cenne przyrodniczo i krajobrazowo - mieć w mieście. To brzmi jak jakiś koszmar architektoniczny, który będzie miał wpływ na całą okolicę. Będzie generować ogromny ruch samochodowy. Zaraz trzeba będzie poszerzać drogi, budować kolejne parkingi. Nikt nie pomyślał o dobru publicznym, a wręcz mam wrażenie, że ktoś próbuje iść na rękę inwestorom, ponieważ z tego co się dowiedziałem, nie nakazano zrobienia oceny oddziaływania na środowisko. To jest oczywiste, że gigantyczna inwestycja po prostu zdewastuje środowisko. Może odbywało się to na zasadzie, że wszyscy wiemy, jak to będzie wyglądać, dlatego nie robimy oceny, żeby nie wyszło, jak bardzo jest źle. Ja na miejscu mieszkańców bym tak tego nie zostawił. To jest ewidentne niedopełnienie obowiązków, a na to jest paragraf. Być może niewiele da się zrobić, ale ewidentnie w tej sprawie władze miasta nie stanęły na straży dobra publicznego - nie gryzł się w język Jan Mencwel. Przyznał również, że nie pamięta sprawy, aby władze któregoś z polskich miast odstąpiły od planu zagospodarowania terenu na rzecz ochrony przyrody. Znacznie częściej zdarzały się sytuacje odwrotnie.
W czasie spotkania Jan Mencwel opowiedział czym dla niego jest „betonoza” oraz dlaczego nie przepada za pojęciem rewitalizacji. - Betonoza to najprościej mówiąc ślepa uliczka w rozwoju miasta. Zachód idzie teraz w zupełnie przeciwną stronę, a my powielamy jego błędy sprzed 30 lat. Betonu wokół nas jest za dużo. Cofamy się w rozwoju i prędzej czy później tego pożałujemy. Przyszłość musi być zielona. W naszej spaczonej perspektywie rewitalizacja musi wiązać się z wycinką. Zwykle taka rewitalizacja po prostu przeszkadza przyrodzie. Jeśli już, to potrzebne jest minimum ingerencji. W Polsce bardzo łatwo wyciąć drzewo. Przykładowo w Warszawie morwy, które przetrwały II wojnę światową, teraz wycięto, ponieważ brudziły karoserie. Samochodów też jest zbyt wiele. W dłuższej perspektywie dla ludzi lepiej, aby mieli zieleń niż parkingi.
***
Czy Polacy kochają beton i nienawidzą drzew? Może zamiast śpiewu ptaków atrakcyjniejszy jest ryk kosiarek i pił? Jak długo urzędnicy będą powtarzać, że stuletnie drzewa to samosiejki, więc można je po prostu wyciąć? Czy deweloperzy w końcu zrozumieją, że ludzie potrzebują nie tylko metrów kwadratowych mieszkania, ale też mieć gdzie wyjść na spacer? O tym pisze Jan Mencwel. Portal bielsko.biala.pl był patronem medialnym spotkania w klubokawiarni Aquarium.
Tekst, zdjęcia i film: Adam Kanik
Oceń artykuł:
119 33
Autor: Adam Kanik
Dziennikarz portalu www.bielsko.biala.pl
Galeria:
Komentarze 49
1. Gdzie jest blisko? Z Wapienicy o centrum? Z osiedli w Aleksandrowicach ktoś chodzi na piechotę do centrum albo z Mikuszowic? Odległości są spore i wszędzie jest daleko.
2. Zabudowa bardzo chaotyczna, brak parków. Opis miasta to jakiś śmiech na sali.
Nie możemy jednak zapominać, że betonoza to efekt. Efekt mody na nowoczesny, piękny, polski beton. Mody, która na szczęście przemija. Nie mogę się zgodzić z teorią autora „Betonozy”, że zieleń jest tańsza, a samorządy na siłę wydają pieniądze. Betonowanie, być może droższe na etapie inwestycji, jest tańsze w utrzymaniu – betonu nie trzeba kosić, przycinać, pielęgnować, nawadniać. Przez co najmniej dwie dekady, betonowe powierzchnie postrzegane były jako nowoczesne i reprezentacyjne, miały być miejscem imprez. Wiadomo już, że to błędne założenie, ale nadal mające wielu zwolenników.
Większość mieszkańców miast to zagorzali przeciwnicy betonozy w sierpniu, gdy żar z nieba się leje i cienia brak. Ale już niekoniecznie, gdy trzeba wyciąć wiele drzew, żeby dom przyłączyć do sieci kanalizacyjnej, odsłonić dachowe panele słoneczne, gdy żądają miejsc parkingowych pod blokiem, ścieżek rowerowych przecinających miasto wzdłuż i wszerz, i wybrukowanego chodnika, żeby w szykownych sandałkach pomaszerować do pracy.
Bardzo chciałabym, żeby w dyskusji wokół betonozy, skupić się na budowaniu świadomości i edukowaniu wszystkich. Może trzeba pokazywać, że zjawisko to, ściśle łączy się z bezustannie rosnącymi temperaturami, problemem odprowadzania wody i suszą, bo się woda marnuje, a brak drzew i terenów zielonych w miastach może sprawić, że ludzie będą z nich uciekać. Brakowało mi na spotkaniu tego, że koncentrując się na bardzo złych przykładach krajowych realiów, nie było słowa o dobrych przykładach zielonych obszarów i rozwiązaniach „odbetonowywania”. Może trzeba zapoczątkować w miastach modę na ogrody deszczowe, zielone ściany, dachy, etc.
Odnoszę również wrażenie, że w tej całej dyskusji, nie próbuje się znaleźć zielonej równowagi, takich zdrowych proporcji między miejskimi terenami z kamienia i betonu a obszarami zielonymi. Przecież nie chodzi o to, żeby tworzyć las w miejscu dawnego rynku, który często od bardzo dawna zresztą wcale zielony nie był. Zawsze trzeba spojrzeć na miasto jako całość, nie tylko na rynek i jeden plac. Jeśli tereny zielone Bielska to prawie 63%, a Krosno ma ich 2%, to trudno mówić o wszechobecnej betonozie.
Dobrze też, przy okazji spotkań tego typu, debat, zabierać głos tylko wtedy, gdy ma się wiedzę w danej sprawie. Bo wmawianie wszystkim, że można w jedną noc zmienić miejscowy plan zagospodarowania przestrzennego, ku uciesze deweloperów, nigdy prawdą nie będzie. A już tym bardziej radni nie mogą dokonać zmian studium, będącego aktem planowania przestrzennego. Nie można decyzją jednego urzędnika dokonać wycinki drzew będących okazami zdrowia. Nie jest też dobrze wątpić w wyniki badań i publicznie podważać ekspertyzy dendrologiczne. Może też należałoby zainteresować się, ile kosztują takie badania i ile drzew jest w całym mieście. Zabierając głos, wypada odróżniać zespół przyrodniczo-krajobrazowy od rezerwatu. Natomiast, jeśli ktoś jest przekonany o błędnych, świadomych decyzjach w samorządach i przekupnych urzędnikach, to istnieje coś takiego jak Kolegia Odwoławcze i prokuratura. Jestem również przekonana, że jedynym rozwiązaniem dla wielu naszych problemów, lokalnych i nie tylko, jest rzetelna, merytoryczna debata wszystkich, którym zależy na przyszłości i dobru miasta. Innej drogi nie ma.
No i argument o ryku kosiarek jest nietrafiony, gdyż taki to właśnie usłyszy na terenach zielonych, na wsiach/przedmieściach, gdzie co tydzień ludzie koszą trawę w swoich ogródkach.
Te i inny czynniki sprawiają, że ten Pan jest mało wiarygodny.
Las miejski w Wapienicy został np. "upiększony" drewnianymi maszkaronami (w cenie 11 tys. zł za sztukę).
Z kolei ścieżka spacerowa w stronę zapory ma zostać zniszczona poprzez wycięcie wielu drzew i wylanie asfaltu.
Brak tutaj ambicji i wizji rozwoju miasta, i to nie wina włodarzy, bo jacy mieszkańcy takich włodarzy wybierają, i na to im pozwalają co sami akceptują. Gdybyśmy byli jak Gdynia, która nie chce być "tym gorszym miastem od Gdańska", to byśmy się rozwijali jak Gdynia dzisiaj. Niestety sami chcemy być prowincją.
Jak już zabetonują ten biedny Sarni Stok, to będzie jeszcze więcej hałasu, jeszcze więcej smogu, a wiatr będzie jeszcze mocniej hulał po okolicy. No, ale panów z Krakowa to nie obchodzi co się będzie w BB działo. Szkoda tylko, że jak widać władz miasta też to nie obchodzi.




Klauzula informacyjna ›