W ubiegłym roku, w czasie wolnym od pracy, Anita Szymańska wyhodowała, a potem zebrała ze swojego ogródka prawie 700 kg żywności! Przekonuje, że każdy tak może.

W czasach rekordowej inflacji robi się z tego sprawa ekonomiczna. - Wystarczy sobie uświadomić, ile może w domowym budżecie zostać pieniędzy, jeśli nie trzeba kupować warzyw i owoców, bo ma się je z własnego ogrodu i warzywnika. To naprawdę spore oszczędności. Zwłaszcza na początku wiosny, kiedy wszystko jest dwa razy droższe - zauważa pani Anita.

A jeśli łączy się to z prawdziwą pasją, tak jak w tym przypadku, można tylko pozazdrościć. Do tego dochodzą walory smakowe i ekologiczne. Pomidory, ogórki, marchew, kapusta, fasola i z tuzin innych jeszcze warzyw, ale i owoców, zebranych w ogródku pani Anity nie mają w sobie sztucznych nawozów, pestycydów czy herbicydów.

- Wszystko oparte jest o naturę - zapewnia. - Nie trzeba żadnych sztucznych nawozów, oprysków, całej tej chemii. A i tak wszystko rośnie jak na drożdżach. Nie mówiąc już o tym, jak smakuje. Tego się nie da porównywać z produktami kupowanymi w sklepach. Kiedyś uprawianie własnych warzyw było sposobem na braki w sklepach i reperowanie domowego budżetu, dziś jest to kwestia świadomości ekologicznej i tego, co jemy - dodaje.

Więcej o plonach bielszczanki pisze „Kronika Beskidzka”. Nowe wydanie lokalnego tygodnika jest już w sprzedaży. E-wydanie można kupić TUTAJ.

KJ

Foto: Kuba Jarosz