Co się stało z tym miastem? Wokół pełno kolaborantów, nie wiadomo kto jest zdrajcą
Berdiańsk - ukraińskie miasto partnerskie Bielska-Białej nadal znajduje się pod okupacją rosyjską. Miasto patrolują żołnierze, słychać wystrzały rakiet z okolicznych regionów, zdarza się, że ludzie są uprowadzani. Ruch oporu jednak nie słabnie. O sytuacji w mieście opowiadają portalowi obecni na miejscu uczniowie szkoły średniej oraz żona ukraińskiego marynarza, która ponad pół roku temu utraciła kontakt z mężem.
Sytuacja w okupowanym Berdiańsku przypomina Warszawę na początku lat 40. Choć w mieście nie było walk, to nie oznacza, że jest cicho i bezpiecznie. - Żołnierze i przedstawiciele milicji patrolują dzielnice, sprzęt wojskowy jest w ciągłym ruchu. Szczególnie słyszalne są starty rakiet z Morza Azowskiego. Wojsko uprowadza i zastrasza ludzi, których uważa za podejrzanych - relacjonuje portalowi uczennica, która pozostała w mieście.
Donosy sąsiadów
Z relacji naocznych świadków wynika, że Rosjanie chodzą po mieszkaniach w poszukiwaniu osób o nastawieniu proukraińskim. Kiedy takowe odnajdują, często dzięki wcześniejszemu donosowi sąsiadów, zabierają ich w miejsca, gdzie przemocą starają się wymusić posłuszeństwo. Takie sytuacje spotkały m.in. rodzinę i znajomych Tatjany Katkovej - Ukrainki, która obecnie przebywa w Polsce, ale wciąż ma kontakt z mieszkańcami Berdiańska.
- Ludzie są wykończeni psychicznie. Przyjaciółka z dzieciństwa mówi, że nasze rodzinne miasto już nie jest nasze. Wszyscy boją się rozmawiać, nie wiadomo kto jest zdrajcą. Duży odsetek pasywnej ludności przyjął nowe reguły gry. Wielu współpracuje z Rosjanami. Ruscy dostają informacje, gdzie mieszkają osoby, które są przeciwko nim. Przychodzą, zabierają, biją. Gdybym tam została, po mnie też by przyszli. Mój kolega został zabrany na dwa dni, wrócił zupełnie inny. Podobnie koleżanka nauczycielka, która sprzeciwiała się przejęciu szkoły. Teraz ma głęboką depresję. W ten sposób chcą złamać mieszkańców. Zmusić do współpracy - tłumaczy Tatjana.
Aleksander Katkov, mąż kobiety również pochodzący z Berdiańska, od 2019 roku służył na okręcie poszukiwawczo-ratowniczym w Mariupolu jako radiotelefonista Marynarki Wojennej Sił Zbrojnych Ukrainy. Od dłuższego czasu przeczuwał, że zbliża się wojna, dlatego wcześniej skontaktował się z rodziną i znajomymi pracującymi w Polsce, którzy po wybuchu wojny mieli zaopiekować się jego żoną i dziećmi. Pomimo problemów z komunikacją w pierwszych dniach wojny Sasza ponoć nie tracił pogody ducha. Dużo żartował, prosił żonę, by się nie martwiła, sam również odnosił się do otaczających wydarzeń z dużym dystansem.
Leżą trupy, latają pociski
Ostatni raz Tatjana rozmawiała z mężem 19 marca. Na okręcie zaczął kończyć się prowiant, więc Aleksander jako jeden ze zwiadowców wybrał się na poszukiwania. - Zadzwonił i powiedział tylko, że wszędzie leżą trupy, latają pociski. Mówił, że nie wie czy będzie jeszcze okazja, żeby porozmawiać - wspomina Tatjana. To była ostatnia ich rozmowa. Tatjana od lutego przebywa w Zielonej Górze. Nawiązała kontakt z innymi żonami marynarzy, wspólnie poszukują swoich mężów na wszelkie możliwe sposoby. Na wspomnianym okręcie służyło 200 osób, informacje dotyczące miejsca pobytu czy stanu zdrowia znane są wyłącznie w przypadku 86 z nich.
- 22 marca otrzymałam informację od żony innego żołnierza, że Aleksander był widziany w więzieniu na terenie tzw. Donieckiej Republiki Ludowej. Wspólnie przekazywałyśmy tę wiadomość do różnych instytucji. Nikt nie potwierdził, że rzeczywiście tak jest. Ani strona ukraińska, ani Czerwony Krzyż. Później dowiedziałam się, że mógł zostać wywieziony do Sewastopola, na Krym. Z kolei miesiąc temu dowódca okrętu otrzymał list od jednego z marynarzy, że Sasza był razem z nim w obozie w Jeleniówce. Ze szczegółami opisywał tragiczne warunki, jakie tam panują. Niestety, to wszystko były informacje nieoficjalne. Na szczęście, nikt nie powiedział, że Aleksander zginął - mówi Tatjana Katkova.
Jak przekazała portalowi Ukrainka, nazwisko jej męża znajduje się w spisach jeńców wojennych, ale z adnotacją, że informację uzyskano „z innych źródeł”. Wielokrotnie wspominano też o nim w ukraińskiej prasie. Kobieta nie traci nadziei, że męża odnajdzie. Jest pewna, że pomimo wszystko żyje. - Zawsze miał silny charakter, potrafił zadbać o rodzinę. W żadnym momencie nie pomyślałam, że mogło stać się coś strasznego - zapewnia.
Drobiazgi poprawiają nastrój
Tatjana pozostaje w stałym kontakcie z przyjaciółmi z Ukrainy. Jednym z nich jest Andrij (imię zmienione), były nauczyciel szkoły średniej w Berdiańsku. To jego uczniowie opowiedzieli nam o aktualnej sytuacji w mieście. - Jesteśmy zakładnikami we własnym domu. Tutaj coraz mniej ufasz innym, nawet swoim bliskim. Krąg znajomych jest węższy niż kiedykolwiek. To wynika z obawy przed powiedzeniem czegoś niepotrzebnego, obawy przed oskarżeniem o bycie proukraińskim. Dlatego ja, jak większość Berdiańców, prawie cały czas siedzę w domu. Rzadko wychodzę, tylko na zakupy spożywcze. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że ludzie tu milczą. Najczęstszym sposobem sprzeciwu jest graffiti. W mieście jest tego naprawdę dużo. Na przystanku niedaleko mojego domu od około miesiąca widnieje napis "Chwała Ukrainie". Nie można powiedzieć, że to niesamowity protest. Ale takie drobiazgi poprawiają nastrój - relacjonuje jeden z nich.
Mieszkańcy Berdiańska skarżą się, że dużym problemem są wysokie ceny towarów, które w niektórych przypadkach wzrosły kilkukrotnie. Mimo to półki w sklepach są niemal puste. Wszystkie produkty pochodzą z Rosji. - Niska jakość rosyjskich towarów jest widoczna nawet po etykiecie. Ojciec często porównuje je do sowieckich. Cóż, jedzenie tego z pewnością nie jest niebiańską przyjemnością. Nie potrafię nawet opisać tych smaków. Albo smaku nie ma, albo są wprost obrzydliwe. Dlatego wielu mieszkańców zaczęło uprawiać ogrody i robić zapasy na zimę - słyszymy.
Zmuszani do przyjęcia pomocy
Jak mówią uczniowie, samozwańczy rząd wybrany w pseudoreferendum ustala upokarzający kurs wymiany hrywny na rubla (1 hrywna=1,25 rubla), co z kolei powoduje ogromny wzrost cen. Przykładowo 10-litrowa butla z wodą kosztuje obecnie 25 UAH (przed wojną 15). Oficjalnie w mieście obowiązują obie waluty.
- Normalny kurs wymiany tutaj nie działa. Wkrótce zrobią 1 do 1, a później hrywna będzie tańsza niż rubel. Chociaż Rosjanie generalnie chcą wycofać ukraińską walutę z obiegu. Z kart płatniczych praktycznie nie da się korzystać, terminale działają niestabilnie. Dodatkowo trzeba zapłacić prowizję, która sięga 10 proc. Ogólnie rzecz biorąc, standard życia się obniżył. Nie ma gazu, jest problem z bieżącą wodą, prądem. Obecnie jest to szczególnie trudne dla osób starszych, które mieszkają samotnie. Dlatego są zmuszone do przyjęcia rosyjskiej pomocy. Nie brakuje też po prostu chciwych ludzi, którzy chętnie przyjmą tę niezwykłą pomoc w postaci makaronu i papieru toaletowego - opowiada uczennica.
Zdaniem naszych rozmówców, ruch oporu w Berdiańsku wciąż rośnie. Prawie każdy billboard z rosyjskimi napisami propagandowymi zostaje zniszczony, partyzanci mszczą się na kolaborantach, zwykli ludzie odmawiają odebrania rosyjskich paszportów. Niestety, wyjechać z miasta praktycznie się nie da.
Uczą dzieci po kryjomu
- Jedną z form walki lokalnych patriotów jest opór informacyjny. Dziennikarze kiedyś pracujący w Berdiańsku prowadzą na telegramie grupę pod nazwą „Zdrajcy Berdiańska”, gdzie umieszczają informacje dotyczące kolaborantów. Pojawiają się rysunki na ścianach, fotografie z obraźliwymi gestami w stronę rosyjskich plakatów. Nauczyciele uczą dzieci po kryjomu ukraińską podstawą nauczania. Berdiańcy na własną rękę kontaktują się ze służbami ukraińskimi. Moja matka opowiadała, że żaden z sąsiadów nie otworzył drzwi podczas "referendum". Podobną informacją dzielili się moi uczniowie. Według wstępnych szacunków, z miasta wyjechała może nawet połowa mieszkańców. Berdiańsk wygląda teraz jak miasto duchów. Przywieziono tutaj ludzi z Donbasu, dlatego oficjalne rezultaty referendum - jedno wielkie kłamstwo - powiedział nam Andrij.
W ub. miesiącu partyzanci z Berdiańska wyeliminowali zastępcę szefa władzy okupacyjnej Olega Bojko oraz jego żonę Ludmyłę, która była przewodniczącą komisji odpowiedzialnej za przeprowadzenie referendum. Wcześniej w wyniku wybuchu bomby w samochodzie został ranny Artem Bardin, okupacyjny komendant miasta. Informacje te potwierdziła Polska Agencja Prasowa.
Adam Kanik
Oceń artykuł:
29 24
Autor: Adam Kanik
Dziennikarz portalu www.bielsko.biala.pl
Galeria:
Komentarze 7
A jeszcze do niedawna PiSowcy politycy tak się na rządzący Putina i jego naśladowcy Orbana wzorowali...







Klauzula informacyjna ›