My z willi Karla Wenzla. Pozostały wspomnienia i gwizdek esesmana
- Tato, po wojnie pracownik gazowni, który oświetlał lampy gazowe, nie podpisał volkslisty. Nie chciał pójść do niemieckiego wojska, dlatego zostaliśmy wysiedleni do baraków. Mieszkało tam około 40 rodzin. Baraki znajdowały się przy ul. Batorego 20. Od strony Białej, tam gdzie były koszary, a teraz jest Apena - wspomina Danuta Bargieł, zasłużony pracownik Studia Filmów Rysunkowych w Bielsku-Białej, wieloletnia mieszkanka zabytkowej willi Karla Wenzla przy ul. Krasińskiego 26.
Zanim wybuchła wojna mieszkali w małym domku z ogrodem w Lipniku. - Niemcy wyrzucili nas z jednorodzinnego domu, bo tato nie podpisał volkslisty i byliśmy zmuszeni zamieszkać w barakach. Łącznie przesiedlono tam około 40 rodzin. Mój tato, Franciszek Baran, był partyzantem i przez te wszystkie lata musiał się ukrywać - mówi pani Danuta.
Ojciec ukrywał się w piwnicy
- Codziennie chodziliśmy z bratem po jedzenie do niemieckich koszar. Zawsze coś przynosiliśmy i dzięki temu na drugi dzień mieliśmy co jeść. Gdy przynosiliśmy chleb, mama kroiła go w małe kosteczki, a później suszyła. A kiedy brakowało jedzenia, to ten zasuszony chleb moczyło się i jadło z zupą, potocznie zwaną wodzianką - dodaje nasza rozmówczyni. Niemcy szukali ojca naszej bohaterki, który ukrywał się w piwnicy pod podłogą w kuchni.
Pani Danuta pamięta, jak wraz z innymi dziećmi poszła wykąpać się w rzece i nagle przeleciał samolot, z którego padły strzały. - Na szczęście, udało nam się uciec i schronić w betonowym postumencie, z którego wylewała się woda. Niestety, nasz kolega został postrzelony i widziałam jak jego ciało płynęło Białą.
Dziecięce zabawy po wojnie
- Przy ul. Partyzantów był park, a my jako dzieci bawiliśmy się tam dość często. Pamiętam pagórek usypany ze żwiru. Stamtąd mieliśmy dobry widok. Pewnego dnia zaczęliśmy skrobać ziemię patykiem na pagórku i nagle wysunęła się ręka... Uparcie dalej odkopywaliśmy znalezisko i niespodziewanie wynurzyła się głowa... Ten widok mocno nas wystraszył, dlatego uciekliśmy. Jak się później okazało, leżał tam zabity hitlerowiec. Traumatyczne odkrycie pozostało naszą tajemnicą - wspomina bielszczanka. - Pamiętam, że na drugi dzień wróciliśmy w to miejsce i do dzisiaj mam obraz, gdzie znajdował się ten świeżo odkryty grób.
- Mama miała wałek, który tak często znajduje się na tapczanach. Nie można było na tym wałku ani siedzieć, ani leżeć. U nas w domu to było nietykalne. Okazało się, że gdy tylko Bielsko zostało wyzwolone, mama wałek rozpruła, wzięła miotłę i na tejże miotle umieściła flagę biało-czerwoną. Następnie poszła po kwiatki - to były prymulki, które przypięła w rogu flagi. To my pierwszą polską flagę wystawiliśmy w barakach!
W kamieniołomach stacjonowało wojsko rosyjskie. - Żołnierze zabijali tam krowy, a nam przez płot rzucali mięso, kopyta. Czekaliśmy na te mięsne odpady, a nasze mamy to gotowały. Dla nas to wtedy była uczta - mówi bielszczanka. - Codziennie musieliśmy chodzić po ciemku, bo nie można było zapalać światła. Trzymaliśmy się za ramiona po omacku i chodziliśmy do żołnierzy po jedzenie. Gdyby nie wojsko, byśmy nie przetrwali, chociaż Polacy później jakieś kartki na jedzenie otrzymywali.
Do teraz są ślady po kulach
- Pamiętam park i pomnik przy Partyzantów. Pomnik nie wyglądał tak jak teraz, to było coś pięknego. W tamtym rejonie znajdowała się wielka fabryka, a zaraz obok był rzeźnik, do którego staliśmy w kolejce po końcówki kiełbasy. Jako dzieci lizaliśmy te papierki, żeby mieć trochę smaku kiełbasy.
Przy ul. Batorego znajdowała się piekarnia, z której wychodził starszy pan z charakterystyczną brodą i fajką poniżej kolan. W fartuchu zawsze miał bułki i czekał na dzieci, którym te bułki rozdawał. - Sklep tam jeszcze jest - komentuje pani Danuta. - Wcześniej w beczkach była dostępna melasa miodowa. Chodziliśmy tam po nią z garnuszkami. A jak się przechodzi Batorego do Czajkowskiego, to do teraz są ślady na murach od strzelaniny.
- Od 1946 roku mieszkam w willi Karla Wenzla, a tu są moje dokumenty. Widzi pani, tu mam też pamiątkę z dzieciństwa - oryginalny gwizdek esesmana, proszę zagwizdać.... - mówi pani Danuta. - Niemiec z tego gwizdał. Gwarantuję, że takiego gwizdu pani jeszcze nie słyszała (gwizd). Gwizdek hitlerowca wręczył mi mój tato i powiedział: - Ty sobie go schowaj, bo nigdzie takiego nie dostaniesz i będziesz mieć pamiątkę. Tato miał jeszcze pistolet. Nikt o o tym nie wiedział, dopiero w '81 roku, gdy umierał, poprosił mamę, żeby się go pozbyła. Mój mąż z mamą pistolet odkopali spod węgla i wyrzucili do kanału.
Wyrzucali przez okna i palili
Wokół willi Karla Wenzla rosły drzewa owocowe, jabłonie, białe magnolie. Po wojnie, gdy była bieda, sadziło się tam ziemniaki. - Mama miała wówczas kozę, to było mleko. Z ul. Mickiewicza przychodził do nas doktor, bo jego córka miała alergię. Mama dawała kozie mleko, a on w zamian przynosił krowie. Były też w naszym ogrodzie kurniki i kury. Po wojnie liczyło się tylko jedzenie - żeby przetrwać.
Gdy rodzina Baranów została skierowana do mieszkania na parterze willi przy ul. Krasińskiego 26, mieściło się tam biuro wojskowe, prawdopodobnie rosyjskie. - To co nie było potrzebne, żołnierze wyrzucali przez okna i palili. W rogu ogrodu znajdowała się studnia, którą zasypano. Na początku w tym budynku mieścił się również oddział PTTK, a na werandzie mieli magazyn materacy. Później zrobili tu Ligę Kobiet, a potem związek bojowników. Gdy w piwnicy były jeszcze magazyny, przyjeżdżały duże auta ciężarowe i zniszczyły bramę. W kolejnych latach pojawili się obecni lokatorzy - kończy wieloletnia mieszkanka willi Karla Wenzla Danuta Bargieł.
Wspomnienia spisała: Małgorzata Irena Skórska

Na zdjęciu: gwizdek esesmana
Oceń artykuł:
68 6
Autor: Małgorzata Skórska
Dziennikarz portalu www.bielsko.biala.pl



