Katastrofa samolotu na os. Polskich Skrzydeł. Nikomu nie przedstawiono zarzutów
Przyczyną katastrofy „Antka” było zatrzymanie dopływu paliwa do silnika, ale w śledztwie nie udało się ustalić, dlaczego do tego doszło. Samolot zniżał się z prędkością 120 km/h, a po zetknięciu z drzewami i trakcją kolejową przewrócił się na grzbiet. - Przytomność umysłu pilota sprawiła, że nie wpadliśmy w zabudowania osiedla - wspomina Adam Szulc, który jako 16-latek był jednym z pasażerów feralnego lotu. Wczoraj minęły 32 lata od katastrofy samolotu na osiedlu Polskich Skrzydeł.
To miał być lot widokowy nad Jeziorem Żywieckim. Z akt prokuratorskiego śledztwa dowiadujemy się, że przed startem z lotniska w Aleksandrowicach maszynę AN-2T, zbudowaną w WSK Mielec w 1964 roku, zatankowano 500 litrami paliwa i 75 litrami oleju. Na pokładzie oprócz trzyosobowej załogi znajdowało się 12 pasażerów - były to dzieci, które spędzały wakacje w ośrodku w Jaworzu.
Awaryjne lądowanie na łące
Do feralnego lotu samolot wystartował o godz. 15.53. Zanim doszło do wypadku był sprawny technicznie i chwilę wcześniej wykonał lot widokowy z pierwszą grupą dzieci. Mimo to „w kilkadziesiąt sekund po starcie” z kolejną turą wczasowiczów „na wysokości ok. 150 metrów silnik przerwał pracę”. - Konieczne stało się awaryjne lądowanie w terenie nasyconym przeszkodami w postaci drzew i budynków mieszkalnych. Pilot wybrał do lądowania łąkę przylegającej do linii kolejowej - czytamy w aktach śledztwa.
Wydarzenia sprzed 32 lat opisuje Adam Szulc, który jako 16-latek brał udział w locie. - Po starciu w kierunku Wapienicy pilot skierował samolot delikatnie w prawo, by lecieć nad jezioro. Popatrzyłem się w kierunku kokpitu i widać było, że wykonuje jakieś gwałtowne ruchy. Dosłownie za moment poczuliśmy, że gwałtownie tracimy płynność lotu i wydano komendę, by schować głowę pomiędzy kolanami - wspomina bielszczanin, który od kilku lat mieszka w Szkocji.
Zaczepił skrzydłami o drzewa
Dalszy ciąg wydarzeń dokumentują akta sprawy. Jak ustaliła bielska prokuratura, „Antek” zniżał się z prędkością ok. 120 km/h. - Na wysokości ok. 15 metrów samolot zaczepił obustronnie skrzydłami o drzewa, a następnie zaczepił o liny trakcji PKP i je zerwał. Przeszkody te spowodowały zmniejszenie szybkości gwałtownie „tonącego” samolotu, a jednocześnie spowodowały, że po zetknięciu się z ziemią na skraju wybranego pola lądowania przewrócił się przez część dziobową na grzbiet.
Moment katastrofy po latach opisuje pan Adam. - Do dziś mam przebłyski, jak przez te okrągła okna samolotu widziałem ziemię. Potem trzaski, kilka uderzeń, po chyba trzecim cisza. Ocknąłem się, wisząc do góry nogami, trzymany tylko jednopunktowymi pasami przepiętymi przez pas. Wszyscy byli przytomni, o własnych siłach opuściliśmy samolot. Miałem rozciętą nogę. Żeby zatamować krwawienie, od jednego z gapiów pożyczyłem pasek. Kilka razy się mnie pytał czy go oddam.
Z akta śledztwa wynika, że w wyniku katastrofy poważne obrażenia odniosły tylko osoby dorosłe, wymienione w aktach z imienia i nazwiska, które stały w samolocie: kobieta miała ranę szarpaną podudzia oraz nosa i wargi, jeden z mężczyzn doznał stłuczenia głowy ze wstrząsem mózgu i złamanie kości ramieniowej, a mechanik samolotu miał ranę szarpaną podudzia oraz potłuczenia i rany twarzy.
Nie wykazały żadnych usterek
- To, że zahaczyliśmy o trakcję chyba nas uratowało, bo prędkość samolotu została wyhamowana. Po przyziemieniu pamiętam jeszcze, że pilot z mechanikiem przytomnie zrzucili paliwo i odłączyli zasilanie, żeby nie doszło do zapłonu. Tylko przytomność umysłu pilota sprawiła, że nie wpadliśmy w zabudowania osiedla i bez większych obrażeń wyszliśmy z wypadku - wspomina Adam Szulc, który kilka dni po wypadku został zaproszony do Aeroklubu Bielsko-Bialskiego, gdzie nasz rozmówca otrzymał... zegarek.
Jaka była przyczyna wypadku? Na drugi dzień na miejsce katastrofy przybyła komisja powołana przez Głównego Inspektora Kontroli Lotów Cywilnych. Nadzorowano demontaż elementów samolotu, zespół napędowy został przekazany do ekspertyzy. Badania nie wykazały żadnych usterek. Silnik i pompa paliwowa były sprawne. Analiza próbki paliwa wykazała zgodność z wymaganiami normy. Komisja ustaliła, że silnik zatrzymał się z powodu „braku dopływu paliwa”.
- Nie stwierdzono jednoznacznie, z jakich przyczyn dopływ paliwa został przerwany. Uzasadnione jest przypuszczenie, że nastąpiła awaria przewodów paliwowych. Nie było możliwości ich zbadania, ponieważ zostały zniszczone w czasie wypadku - czytamy w aktach. Wyniki prac ekspertów, a także ustalenia śledztwa „nie dały podstaw do przedstawienia członkom załogi samolotu, pracownikom lotniska i Aeroklubu w Bielsku-Białej czy też innym osobom zarzutu przestępczego przyczynienia się do zaistniałego zdarzenia”. Postępowanie w tej sprawie umorzono 31 grudnia 1990 roku.
bak
Foto: Bogdan Ziarko/Kronika Beskidzka
Oceń artykuł:
62 4Komentarze 14
Myślę że podwozie też było solidne i gdyby nie wytrzymało pierwszego kontaktu samolotu z ziemią to zamiast obrócić się do góry podwoziem byłoby frontalne uderzenie w grunt. To tylko spekulowanie z mojej strony.

Klauzula informacyjna ›