- W trakcie okresu przygotowawczego nie oszczędzaliśmy się, każdy z piłkarzy poprzerzucał trochę żelastwa, nikt nie przechodził obok treningu. W zespole było uczciwe podejście do ciężkiej pracy jakie w Podbeskidziu jest wymagane - przed startem sezonu rozmawiamy z trenerem Mirosławem Smyłą.

Udało się wzmocnić zespół na pozycjach na których pan chciał?
- W profesjonalnych klubach za transfery odpowiada dyrektor sportowy. Mam do Łukasza Piworowicza pełne zaufanie, nasze wspólne spotkania, analizy, burze mózgów, gdzie rozmawiamy z przedstawicielami pionu sportowego odbywają się z korzyścią dla klubu. Układ transferowy w klubie jest trzyosobowy, pod każdym transferem podpisuje się ja, dyrektor sportowy oraz prezes. To jest transparentne. Piłkarze, którzy do nas dołączają muszą być w zasięgu finansowym klubu, podnosić jakość i rywalizację w zespole oraz walczyć o wygraną w każdy meczu.

Nie założyliście żadnego miejsca w tabeli, minimalnej zdobyczy punktowej?
- Założyć można dwuletnią gwarancję na telewizor i będzie spokój. Założenie wyniku niech robią osoby, które mnie rozliczają z pracy, ja mam inny sposób funkcjonowania. W lidze jest 18 zespołów, każdy z nich chce wygrywać, ale żeby to zrobić trzeba się będzie naharować i mieć odrobinę szczęścia. W lidze jest 9-10 zespołów porównywalnych do Podbeskidzia, są spadkowicze z chęcią powrotu do ekstraklasy, są zespoły, które chcę awansować jak nasz pierwszy rywal - Arka Gdynia.

Jakie będzie Podbeskidzie pod wodzą Smyły? Czy zespół wzmocni napastnik? Czytaj w „Kronice Beskidzkiej”. Lokalny tygodnik od czwartku można kupić w kioskach, hipermarketach i na stacjach benzynowych. E-wydanie dostępne jest TUTAJ.

bak