Jesteśmy trochę kosmitami. Fenomenalny bielski zespół znów razem
Nazwa Tricolor jest nieprzypadkowa, a raczej spontaniczna i oddająca w pełni charakter osobowości trzech żywiołów. To charyzmatyczna wokalistka i aktorka obdarzona aksamitnym i czekoladowym głosem Iwona Loranc, znana nie tylko z bielskiej sceny, ale z Teatru Buffo i Teatru Komedia w Warszawie, skrzypek, kompozytor muzyki teatralnej i filmowej Krzysztof Maciejowski oraz świetny gitarzysta Jan Stachura, założyciel zespołu “Dzień Dobry”. W ub. tygodniu artyści spotykali się ponownie na scenie w Metrum Jazz Club w Bielsku-Białej. Była prawdziwa uczta duchowa zabarwiona mocną nutą nostalgiczną, ale i wulkaniczną energią.
Po ilu latach wróciliście w starym składzie na scenę i do piosenek z pierwszej płyty?
- Właściwie to jest reaktywacja po siedemnastu, a może już nawet osiemnastu latach. Co prawda po drodze mieliśmy dwa koncerty w pandemii i nie mogliśmy do końca rozwinąć skrzydeł, to teraz startujemy na nowo. Po wielu latach chcemy razem budować przestrzeń muzyczną zarówno dla siebie, jak i naszych słuchaczy - podkreśla Iwona Loranc.
Dużo dobrej energii i prawdy
Trzy różne osobowości, trzy temperamenty. Co wyszło z tego wybuchowego zderzenia pod postacią repertuaru, jaki serwujecie bielskiej widowni?
- Trzy temperamenty spotkały się i gramy do jednej bramki. Niewątpliwie zmierzamy w jednym kierunku. Nasze subtelne dusze drgają w tym samym rytmie. Chcemy słuchaczom opowiedzieć o nas, równocześnie dając dużo dobrej energii i prawdy. Doszliśmy do wniosku, że warto przypomnieć piosenki, które powstały wiele lat temu. W większości są to kompozycje Krzysztofa Maciejowskiego i Janka Stachury.
Która z piosenek z Waszej pierwszej płyty dostarcza Ci najwięcej emocji? W trakcie zimowego koncertu, w którym również miałam przyjemność brać udział, wyraźne można było zauważyć zderzenie trzech żywiołów i tworzącą się atmosferę magii zarówno na scenie, jak i widowni.
- Dziękuję za miłe słowa. Trudno jest mi się skupić na jednym czy dwóch ulubionych utworach, ponieważ wszystkie tworzą całość, a każdy utwór jest kontynuacją poprzedniego. Może wspomnę utwór skomponowany przez Andrzeja Kurylewicza “W Weronie” do słów Cypriana Kamila Norwida. To jeden z pierwszych utworów, jaki wykonaliśmy razem i on spowodował, że zaczęliśmy wnikliwie słuchać siebie. Jest jeszcze “Kinematografia serc”, która pomagała nam zdobywać laury na festiwalach. Słowa napisała Alicja Maciejowska, a muzykę skomponował Krzyś Maciejowski.
Przeciekawa przygoda życiowa
A magia skrzypiec…i gitary?
- Bez Krzysztofa, jego wrażliwości, i bez Janka nie odnalazłabym się w tym muzycznym świecie. Śpiewak potrzebuje wspólnoty, żeby się wypowiedzieć. Z chłopakami tworzymy coś dobrego dla nas i mamy nadzieję, że słuchacze odnajdą w tym naszym muzykowaniu również coś dla siebie - kończy Iwona Loranc.
Czym jest powrót z Tricolor dla Krzysztofa Maciejowskiego?
- Faktycznie już gramy i zagraliśmy po przerwie nawet kilka koncertów, co też przy okazji zadziwia, bo my te utwory stworzone i wyczarowane graliśmy już przed wieloma laty i jak się okazuje, pomimo upływu lat ludzie odkrywają je na nowo. Powrót jest dla mnie przeciekawą życiową przygodą. Jesteśmy trochę kosmitami, czyli ludźmi, którzy patrzą na świat jakoś szerzej wewnętrznymi oczami. Jest to duża niespodzianka, że ta znajomość nie straciła świeżości i wciąż potrafimy razem funkcjonować. Duże zaskoczenie i ogromna przyjemność w obcowaniu z poezją, ze złożeniami dźwiękowymi, które się kiedyś udało złapać, z magią, która w tej muzyce i tekstach gdzieś drzemie i dzięki znakomitemu wokalowi Iwony te wszystkie elementy razem ze sobą współgrają - dodaje Krzysztof Maciejowski.
Mamy w pewnym sensie pełnię
Jan Stachura, gitarzysta Tricolor: - Jestem bardzo szczęśliwy, że pomysł, który wiele lat temu był fenomenalny, bo połączyliśmy się w trio, potwierdziło wygrywanie wszystkich festiwali w latach 2001, 2003. Warto było zejść się znowu. Po wejściu na scenę od razu mamy wspólne flow muzyczne. Wielu muzyków i twórców często przez całe lata szuka czegoś takiego, a my to znaleźliśmy i mamy w pewnym sensie pełnię.
Czym dla Ciebie jest ponowne zderzenie z Tricolor?
- Jest to apogeum moich oczekiwań, jeśli chodzi o sztukę, o połączenie formy i przekazu. Z jednej strony to ascetyczne, a zarazem głębokie. Zastanawiałem się nad swoimi osiągnięciami artystycznymi i dochodzę do wniosku, że Tricolor to najlepsza przygoda, jaka mi się przydarzyła. Dlatego cieszę się, że kontynuujmy po latach to nasze granie.
Rozmawiała: Małgorzata Irena Skórska
Foto: Iwona Loranc/Facebook
Oceń artykuł:
30 7
Autor: Małgorzata Skórska
Dziennikarz portalu www.bielsko.biala.pl

Klauzula informacyjna ›