Wielu mieszkańców regionu zaprosiło do swoich domów Ukraińców. Na czas wojny. Ale końca wojny nie widać. I co dalej? Dzisiaj Zbyszek, dobiegający sześćdziesiątki inżynier z wykształcenia, od dwóch lat siedzący w domu z powodu wypadku w pracy, mówi, że drugi raz takiej głupoty by nie zrobił.

Gdyby w lutym tego roku miał ten rozum co teraz, oddałby nawet połowę swojej renty i część oszczędności, aby pomóc uchodźcom, ale pod swój dach nikogo obcego by nie przyjął. Zbyszek, jak wielu innych bielszczan, w pierwszych dniach wojny wsiadł do swojego starego busa i pojechał na granicę polsko-ukraińską. Po dwóch dniach otwierał już drzwi przed swoimi nowymi lokatorami - dwoma ukraińskimi matkami i trójką małych dzieciaków.

- Serce się ściskało, gdy na nich patrzyłem, tacy byli zalęknieni i skołowani - wspomina. - O pierwszych dniach nie ma co mówić, bo były tak dziwne, że trudno to opisać - tłumaczy. Ale po chwili milczenia dodaje: - Nie daj sobie nikomu wmówić, że życie pod jednym dachem z obcymi ludźmi, nawet jeśli wynika to z potrzeby serca, dobrze się skończy. Że wystarczy być wyrozumiałym. Ja się w końcu nawet z własną żoną nie mogłem pokłócić! Wychodziliśmy powrzeszczeć na siebie do samochodu… To wcale nie jest śmieszne. A najgorsze jest to, że moja żona mnie ostrzegała. Ale ja miałem w głowie tylko jedno. Że to ludzie, którym trzeba pomóc.

Więcej na ten temat pisze „Kronika Beskidzka”. Nowe wydanie lokalnego tygodnika trafi do kiosków jak zawsze w czwartek. E-wydanie już teraz można kupić na www.prasabeskidzka.pl

KJ

Zdjęcie ilustracyjne