Chodziłyśmy na kawę do „Murzynka”. Moje serce należy do BKS
- Największym szokiem było chyba zobaczenie „Klimczoka”, pierwszego domu towarowego w życiu. Wspominam nasze pierwsze zakupy z Kasią Gajgał, z którą chodziłyśmy razem do szkoły. Pochodzę z małej miejscowości, potem trenowałam w SMS w Sosnowcu, gdzie też niewiele się działo, dlatego ten „Klimczok” tak mi utkwił w pamięci. Pamiętam też, jak chodziłyśmy na kawę do „Murzynka” - wspomina Joanna Staniucha-Szczurek, była siatkarka BKS.
Kończąc karierę, powiedziała Pani, że czuje się „mega spełniona”. Co z tego zostało po pięciu latach od odwieszenia butów na kołek?
- Przede wszystkim jestem spełniona jako żona i mama wspaniałej dwójki dzieciaków. Obecnie jestem jedną z asystentów trenerów w Szkole Mistrzostwa Sportowego Polskiego Związku Piłki Siatkowej w Szczyrku, więc można powiedzieć, że przeszłam na drugą stronę barykady (śmiech). Kiedy kończyłam karierę sportową, bałam się, co będzie ze mną dalej. Nie wyobrażałam sobie robić nic innego poza sportem. Dlatego bardzo się cieszę, że dostałam tutaj swoją szansę i chciałbym dalej iść w tym kierunku - ta praca z młodzieżą bardzo mi się podoba i jednocześnie traktuję ją jako dopełnienie mojej kariery (…). Nie ukrywam, że moje serce należy do BKS. Wciąż chodzę na mecze, kibicuję dziewczynom i cieszę się, że zawodniczki z SMS-u trafiają do Bielska-Białej. BKS zawsze będzie moim pierwszym i ostatnim klubem - nie każdy ma to szczęście kończyć karierę tam, gdzie ją zaczynał. Słowem, zawsze będę darzyć ogromnym sentymentem ten klub, jego zawodniczki, kibiców czy działaczy.
Całą rozmowę Tomasza Wolffa z Joanną Staniuchą-Szczurek można przeczytać w „Kronice Beskidzkiej”. Nowe wydanie lokalnego tygodnika ukaże się w czwartek. E-wydanie już teraz można kupić na www.prasabeskidzka.pl.
bb
Foto: Tomasz Wolff
Oceń artykuł:
69 7