Mieszkający w Bielsku-Białej pan Wojciech jest kaletnikiem, ale poza zdolnościami pozwalającymi na wykonywanie tego pięknego zawodu posiada także niesłychanie dobre serce. Dzięki swojej pomysłowości oraz znajomościom w branży kaletniczej udało mu się zebrać 250 tys. zł, które sukcesywnie przeznacza na pomoc naszym wschodnim sąsiadom. Zarówno tym przebywającym w Polsce, jak tym, którzy walczą o wolną Ukrainę.

Wojciech Kamiński, kaletnik z Bielska-Białej, to cichy bohater (choć sam stanowczo temu zaprzecza), któremu nie jest obojętny los obywateli objętej wojną Ukrainy. Krótko po haniebnym ataku wojsk rosyjskich na naszych wschodnich sąsiadów postanowił nie czekać z założonymi rękoma i zaczął działać, aby choć trochę pomóc Ukraińcom. Okazuje się, że wykonując tak niszowy zawód i aktywnie uczestnicząc w światowej społeczności kaletników, zyskać można narzędzia, które jak na polskie warunki, stanowią nieocenioną wartość.

Po pięć dolarów za sztukę

- Pomysł był bardzo prosty. Kiedy zobaczyłem co dzieje się na Ukrainie, nie mogłem dojść do siebie. Widok kobiet, płaczących dzieci zupełnie mną wstrząsnął. Po wydarzeniach, które miały miejsce pod koniec lutego postanowiłem skontaktować się ze znajomymi i przyjaciółmi kaletnikami z całego świata. To jest bardzo wąskie grono. Nieraz wymienialiśmy się materiałami, kupowaliśmy je sobie nawzajem, itp., stąd też jakieś zaufanie pomiędzy nami. Są wśród nas ludzie z USA, Kandy czy z Australii. Zaproponowałem, aby bazując na naszej wspólnej pasji, każdy wystawił na licytacje swoje wyroby. Ogłosiliśmy w mediach społecznościowych loterię. Losy nabyć można było po 5 dolarów za sztukę i dzięki temu wygrać np. stylowy portfel czy skórzany pasek. Później zaprosiliśmy do udziału znajomych. Ogromny wkład miał w to szczególnie znajomy Matt z Kanady, który poświęcił naprawdę sporo czasu i energii w organizację tego wszystkiego. Co samego mnie zaskoczyło, akcja szybko nabrała niesamowitego tempa - mówi bielszczanin.

Początkowo metodą kuli śnieżnej udało się zebrać 30 tys. zł, co dla pana Wojciecha jest kwotą, z którą można zacząć realnie pomagać. Ku zdumieniu bielskiego kaletnika okazało się jednak, że w wyniku loterii zebrano aż 250 tys. zł! Od tej pory pan Wojciech nie ustaje w pomocy uciekającym przed wojną Ukraińcom, ale także tym, którzy walczą o wolność dla swoich bliskich. Dary pochodzące ze środków zebranych przez kaletników trafiły już do wielu rodzin oraz instytucji na Podbeskidziu. Część z nich wysłano na Ukrainę.

Szczera pomoc, a nie na pokaz

Zakupiono m.in. osiem agregatów prądotwórczych, 490 par dziecięcych bucików, kilkadziesiąt plecaków i wyprawek szkolnych, ogromne ilości żywności, sprzęt AGD oraz specjalistyczne wyposażenie wojskowe, w tym koce termiczne oraz kilkaset sztuk izraelskich bandaży. Samodzielna organizacja tak ogromnego przedsięwzięcia zajmuje bielskiemu kaletnikowi większość wolnego czasu.

- Nie uważam się za bohatera. Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo. Cieszę się, że w myśl zasady „wszystkie ręce na pokład” udało się nam, kaletnikom, zebrać taką sumę i to jest super. W logistyce pomagają mi żona i szwagier. Najważniejsze, żeby wykorzystać to, co mamy. Nie ma pomocy lepszej czy gorszej. Pomoc to pomoc - na tyle, na ile kogoś stać. Nie ma znaczenia czy ktoś podaruje rodzinie uchodźców karton mleka czy też całą cysternę - o ile jest to szczera pomoc, a nie na pokaz. Ktoś zapytał mnie kiedyś dlaczego nie kupię hełmów czy kamizelek kuloodpornych zamiast talerzy czy garnków, ale niestety to nie jest takie proste. Zakup sprzętu, który rzeczywiście uratuje komuś życie graniczy niemal z cudem. Poza tym jest to trudne ze względów logistycznych - wszystko musi przejść przez ambasadę. Moim zdaniem, trzeba też pamiętać o podstawowych, bieżących potrzebach. Przecież ludzie, którzy tu przyjeżdżają często nie mają niczego. Trzeba mierzyć siły na zamiary - tłumaczy nasz rozmówca.

Wojciech Kamiński ściśle współpracuje z różnymi instytucjami, zarówno dającymi Ukraińcom schronienie, jak i pomagającym doraźnie. - Szczególny kontakt nawiązałem z Markiem Mielnikiem, dyrektorem bielskiego PCK. Razem udało nam się zorganizować ogromny rabat w BEFADO, gdzie zakupiliśmy prawie pięćset par butów - przybliża.

Zbiera wszystkie faktury

Pan Wojciech stara się, aby wszystkie jego działania były transparentne. Dlatego sumiennie gromadzi wszystkie faktury i paragony, aby nikt mu nie zarzucił, że z zebranej sumy zatrzymał coś dla siebie. Niestety, ogrom pracy na rzecz Ukraińców rzutuje na jego własną działalność gospodarczą. Na szczęście, jak mówi, większość klientów jest wyrozumiała.

- Czasami trzeba zarwać nockę, ale to wszystko zeszło gdzieś na dalszy plan. Byleby tylko zarobić na ZUS - uśmiecha się bielski kaletnik. - Smutne, że tej pomocy jest w społeczeństwie coraz mniej. Po wspaniałym pospolitym ruszeniu na początku widać, że ludzie łapią już zadyszkę. Trzeba pamiętać, że to nie jest sprint, tylko maraton. Dlatego tak ważna jest przemyślana długofalowa pomoc.

Postępy w działalności charytatywnej pana Wojciecha oraz jego przyjaciół kaletników na rzecz Ukraińców śledzić można TUTAJ.

Adam Kanik