Przerwa na zjedzenie kebaba. Czarodziej fortepianu z Bielska-Białej
- Gdy kończę ćwiczenia, to czas dla siebie mam między dwudziestą a północą. Cztery godziny - to jeszcze nie tak źle! Taki tryb życia jest dla mnie naturalny - mówi Mateusz Dubiel, pianista z Bielska-Białej, któremu wróży się wielką przyszłość.
Jak wygląda zwykły dzień młodego pianisty?
- To nauka i ćwiczenia od wczesnego ranka do wieczora. Przerwę, na przykład na zjedzenie kebaba, znajduję około 14.00 po zakończeniu zajęć ogólnokształcących i przed rozpoczęciem zajęć któregoś z zespołów. Dzień kończę powrotem do ćwiczeniówki. Zauważyłem jednak, że praca nad danym utworem nie kończy się przy instrumencie - koncepcja i wiele cennych pomysłów rodzi się w głowie, z dala od fortepianu. Gdy kończę ćwiczenia, to czas dla siebie mam między dwudziestą a północą. Cztery godziny - to jeszcze nie tak źle! Taki tryb życia jest dla mnie naturalny. Moje początki z muzyką, poznawanie nut i pierwsze próby przy fortepianie miały miejsce w Buczkowicach, a moim pierwszym nauczycielem był pan Paweł Wajdzik - ojciec Marty Wajdzik, w tym momencie już bardzo znanej saksofonistki jazzowej, absolwentki naszej szkoły muzycznej. Następnie była już szkoła muzyczna w Bielsku-Białej, ale zacząłem uczęszczać tu od drugiej klasy podstawówki, nie od pierwszej. Moim pierwszym nauczycielem w szkole była Anna Lenart, która uczyła mnie do ostatniej klasy podstawówki, czyli do klasy ósmej. Następnie byli już nauczyciele, u których kształcę się do teraz - Anna Skarbowska i prof. Mirosław Herbowski z Akademii Muzycznej w Krakowie. Mam wielkie szczęście móc być pod jego opieką, tym bardziej, że sam jest absolwentem naszej bielskiej szkoły muzycznej. Czuje się tutaj tak doskonale, że nigdy nawet nie pomyślałem o przeprowadzce.
Całą rozmowę z Mateuszem Dubielem można przeczytać w nowym numerze „Kroniki Beskidzkiej”, który jest już w sprzedaży. E-wydanie można kupić TUTAJ.
MK
Foto: z archiwum domowego
Oceń artykuł:
41 7