Chory przegrał z bezdusznym regulaminem. Czy padły obraźliwe słowa?
Chorujący na zaawansowaną białaczkę 77-letni bielszczanin, popularny muzyk, przeżył koszmar na dworcu w Krakowie. Przekonuje, że potraktowano go skandalicznie. - Usiadłem na ławce i zacząłem płakać - mówi.
Janusz Gawlas zjeździł niemal cały świat. Jest znany w regionie z działalności muzycznej, wokalnej i prezenterskiej. Cierpi na zaawansowaną białaczkę. Z tego powodu regularnie odwiedza Instytut Onkologii im. Marii Curie-Skłodowskiej w Krakowie. 23 sierpnia udał się do Krakowa wczesnym rankiem. Skorzystał - jak zwykle - z usług firmy Lajkonik. Kupił przez internet bilety w obie strony.
Nie mogąc przewidzieć czasu trwania badań, asekuracyjnie bilet powrotny zarezerwował na 16.45. - Tymczasem okazało się, że lekarz wykonujący badanie jest nieobecny i po ustaleniu kolejnego terminu mogłem wcześniej opuścić Instytut. Z nadzieją, że uda mu się wyjechać wcześniej, udał się na dworzec autobusowy. Szedł pół godziny w ulewnym deszczu. Jak opisuje, był nie tylko przemoczony, ale obolały i skonany.
Z ulgą przyjął przyjazd autokaru o 13.30. Okazało się jednak, że nie może jechać tym kursem. - Ku mojemu zdumieniu i przerażeniu, kierowca polecił mi natychmiast opuścić autobus. Ponowiłem prośbę, ale jego agresja narastała. Prosiłem jeszcze raz, aby mi pozwolił wejść, a wykupię zaraz dodatkowo nowy bilet. Wtedy usłyszałem głośne „won mi stąd”, „wynocha”, a na końcu „spier...” i gest jakby wypychający mnie ze schodków - wspomina. Nie pomógł też telefon do przewoźnika - tam też miał zostać zwyzywany.
W Lajkoniku obiecano nam wyjaśnić sprawę, porozmawiać z pracownikami, którzy mieli kontakt z bielszczaninem oraz - jeśli to będzie możliwe - przejrzeć zapis monitoringu. Z udzielonej redakcji odpowiedzi wynika, że to kierowca spokojnie tłumaczył pasażerowi, dlaczego nie może jechać na tym bilecie (bo taki jest regulamin) i podpowiedział rozwiązanie (telefon na infolinię), a to pasażer nie chciał słuchać i upierał się przy swoim.
- Jeżeli chodzi o zarzuty, jakoby kierowca jak i pani z infolinii mieli używać słów obraźliwych pod adresem pasażera, to zarówno kierowca jak i pani z infolinii mówią, że nic takiego nie miało miejsca - czytamy w odpowiedzi. A co z monitoringiem?
Więcej o przygodzie bielszczanina ze znaną firmą przewozową pisze „Kronika Beskidzka”. Nowe wydanie lokalnego tygodnika jest już w sprzedaży. E-wydanie można nabyć na www.prasabeskidzka.pl.
MK
Foto: z archiwum Janusza Gawlasa
Oceń artykuł:
8 40
Oczywiście, że kierowca czy konduktor nie powinien używać obraźliwych słów, jeśli pasażer nie chce opuścić pociągu lub autobusu, na który nie posiada wymaganej rezerwacji. W takiej sytuacji powinna być wezwana ochrona lub policja. Ale czy opisany pasażer na pewno wolałby, gdyby go z autobusu wywlekli ochroniarze?