W minionym tygodniu odszedł Kazimierz Czapla. To niewątpliwie ogromna strata dla Teatru Polskiego w Bielsku-Białej, ale przede wszystkim dla bielszczan, którzy od lat Go kochali nie tylko za mistrzowskie kreacje, ale przede wszystkim za to, jakim był Człowiekiem. Charyzmatyczna postać o charakterystycznej barwie głosu, której nie usłyszymy i nie zobaczymy już na deskach bielskiej sceny... Wybitnego Aktora wspominają Henryk Talar, Andrzej Żeromski, Grażyna Bułka i Michał Pinis.

- Każdą obsadę nowego przedstawienia zaczynało się od aktora Czapli. Nie tylko dlatego, że jest to wybitny artysta. JEST, bo nie do zatarcia będzie w naszej pamięci, w naszych wspomnieniach… ON aktor i ON człowiek. Kiedy dwa lata temu spotkaliśmy się na pogrzebie mojego brata (też Kazimierza), widać było, że Kazio Czapla jest w znakomitej formie. Odprowadzał na cmentarz swojego kolegę z ławy szkolnej, wspominał, jak to dwaj panowie K. wspomagali się z matematyki na maturze w bielskim liceum... Mnie też żartobliwie wytknął góralskie pochodzenie. "To kiedy pan dyrektor planuje następny spektakl na Dębowcu?". Niewiele osób wiedziało, że Kaziu wspomina nasze wędrówki na Klimczok i Dębowiec z bielską "Zemstą". Dla takich aktorów, jak Kazimierz Czapla warto było być dyrektorem w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej - wspomina Henryk Talar, aktor, dyrektor Teatru Polskiego w Bielsku-Białej w latach 1997-1999.

Schodząc ze sceny, mówił “Dziękuję, chłopaki"

- Nie liczy się to, co człowiek mówi publicznie, tylko to, co czyni, bo tylko to świadczy o człowieku. Kaziu nigdy nie należał do osób rozrabiających, dbał o dobro teatru, ale w sposób bardzo wyważony. Był pozytywnie nastawiony do ludzi i do przyszłości. Takiego Go pamiętam... - mówi Sabina Muras, była zastępczyni dyrektora Teatru Polskiego w Bielsku-Białej.

- Kazia Czaplę przede wszystkim wspominam jako dobrego artystę, znakomitego aktora z licznymi rolami w komediach i farsach, jak "Mayday", "Kogut w rosole", "Dzień, w którym porwano papieża", "Proszę, zrób mi dziecko", "Zorba". Charakterystyczny aktor, który starał się być inny. Nigdy nie był taki sam, nie powielał się, a to świadczy o jego aktorstwie. Był bardzo koleżeński. Stare dzieje, ale pamiętam czas, gdy pojechaliśmy na wycieczkę zakładową do Kozubnika, zorganizowaną dla wszystkich pracowników wraz z dziećmi. Oczywiście, nie wszyscy się znali, dlatego kiedy już wysiedliśmy z autokaru, towarzystwo należało jakoś zintegrować. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona, gdy Kaziu zupełnie spontanicznie, z własnej inicjatywy zorganizował grę w kręgle i inne zabawy dla dzieci. To były dzieci aktorów, pracowników technicznych i administracji.

Andrzej Żeromski, kierownik techniczny Teatru Polskiego w Bielsku-Białej: - Kaziu był takim typem aktora, który już powoli odchodzi w niepamięć. Aktor, któremu nigdy na scenie nie przeszkadzało, że kostium nie pasował czy dekoracja, a może rekwizyt pojawiający się na scenie. Nie słyszałem nigdy żeby na coś narzekał, co w dzisiejszych czasach jest raczej niespotykane. Zawsze schodząc ze sceny, i tego będzie mi bardzo brakować, mówił: “Dziękuję, chłopaki". To było dla niego naturalne, że ci ludzie, którzy tam za kulisami stoją, też mają wkład w to wszystko. I to było piękne.

Śpiewał u Wasowskiego I Przybory

- Znaliśmy się z Kaziem blisko 40 lat. Kojarzę "Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna" i "Wróg ludu" Henryka Ibsena. To bardzo dobre przedstawienia i akurat jedne z ostatnich, które zagrał w latach 80., bo później przeniósł się na kilka lat do Czeskiego Cieszyna. Niewielu z nas pamięta, że wyreżyserował spektakl "Kaziu, zakochaj się" (Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przybory). Kaziu tam oczywiście śpiewał.

- Po jednym ze spektakli w latach 90. często jeździliśmy razem samochodem, bo mieszkaliśmy w sąsiedztwie na tym samym osiedlu. Kaziu miał Malucha w słusznym wieku I po wielu zagranicznych wojażach. Pewnego dnia chciał mnie podwieźć do domu, a wtedy w aucie było więcej pasażerów słusznej postury. Pamiętam, że padał deszcz i Kaziu poinformował o awarii wycieraczki po stronie kierowcy: "Mów mi, czy dobrze będę jechał". To był cały Kaziu.

- Kiedy przyszłam do teatru w 1984 roku - wspomina aktorka Grażyna Bułka - Kaziu miał krótką historię związaną z teatrem w Czeskim Cieszynie. Nie miałam okazji jeszcze Go poznać, ale często o nim słyszałam. Któregoś dnia z nieżyjącym już Mieczysławem Debowskim pojechałam na premierę do Czeskiego Cieszyna i wtedy poznałam Kazia Czaplę. Potem Kaziu wrócił na łono Teatru Polskiego w Bielsku-Białej i od tamtego momentu byliśmy z Kazkiem jakby artystycznie związani ponad 20 lat. Kazimierz wbrew pozorom był człowiekiem bardzo zamkniętym w sobie. Nie zawsze i nie każdemu udawało się do niego dotrzeć. W związku z tym, że miałam przyjemność i okazję grać z Kaziem mnóstwo ról nie tylko kochanków i małżonków, ale również występowaliśmy w bajkach, zatem moje bezpośrednie koleżeństwo i kontakt z Kaziem był ogromny.

Może nas do tego teatru wpuszczą

- Pamiętam czasy, jak graliśmy sztuki dwuosobowe. Kiedyś występowaliśmy w przedstawieniu "Staroświecka komedia" i z dużym opóźnieniem dotarliśmy na spektakl do polskiego Cieszyna. Spektakl przeniesiono z małej sceny na dużą i wybudowano widownię na scenie. W ostatniej chwili wskoczyliśmy w kostiumy i stanęliśmy w kulisach. Wchodząc po ciemku Kazimierz zapytał, z której strony jest widownia? Również nie wiedziałam, w którym kierunku się ustawić i dlatego ustawiliśmy się "na czuja". Na szczęście, wybraliśmy odpowiedni kierunek. Pamiętam też czasy kiedy mieliśmy dużo wyjazdów i Kaziu w autokarze bardzo lubił sobie pośpiewać, szczególnie rosyjskie pieśni. Zresztą, umiejętność mówienia przez Kazia na scenie w obcych językach była tak ogromna, że zawsze śmiałam się, że nie znam większego poligloty. Mówił tak zgrabnie i szybko, że nie bardzo wiedzieliśmy o czym, ale to brzmiało w tamtym języku… - komentuje Grażyna Bułka, obecnie aktorka Teatru Śląskiego w Katowicach, współpracująca z Teatrem Korez.

- Graliśmy "Ożenek" Gogola w Petersburgu i w Wilnie. Pamiętam Karolinę, córkę Kazia, która również jako dziecko grała w tym przedstawieniu. Miał ogromną charyzmę, miał coś takiego w sobie, że widownia bardzo Go kochała, jakby czekała aż wyjdzie i zafunkcjonuje na scenie. Kazimierz był człowiekiem bardzo schowanym w świecie, który sam sobie stworzył, ale myślę, że bardzo Go będzie brakować jako artysty. 70 lat to nie jest czas na umieranie... Może Go Pan Bóg zabrał, może Czarek Chrapkiewicz za nim tęsknił... Jest tam już grono naszych przyjaciół, którzy być może stworzyli swój własny teatr, do którego może nas kiedyś wpuszczą... - dodaje aktorka.

- Wspominam Pana Kazimierza bardziej jako człowieka, a nie artystę. Bezsprzecznie bardzo zżyty z tym miastem i myślę, że miasto też było z Nim bardzo zżyte. Bez wątpienia można powiedzieć, że to była ikona bielskiego teatru i Bielska-Białej. Ta śmierć jest głęboko przedwczesna. Informacja o Jego zgonie była dla mnie bolesnym zaskoczeniem z tego względu, że bywało, że spotykaliśmy się i rozmawialiśmy. Jednak są ludzie nie do zastąpienia i nie do podrobienia - zapewnia Michał Pinis, były wiceprzewodniczący Rady Miejskiej, aktualnie bielski przedsiębiorca.

Małgorzata Irena Skórska